Obrońca Krzyża - Liga Święta

Dążenie ku morzu: Bałtyk czy Morze Czarne?
Przymierze z Francją czy z Austrią?
Na drodze do Ligi Świętej
Austriackie przymierze

Obrońca Krzyża - Wiedeń
Wymarsz na wojnę turecką
Wyprawa pod Wiedeń
Bitwa pod Kahlenbergiem
Podziękowania domu austriackiego?

Obrońca Krzyża - Ostatnia krucjata
Turecka wojna Sobieskiego
Ostatnia krucjata - ciąg dalszy
Powrót do francuskiej orientacji

 

Dążenie ku morzu: Bałtyk czy Morze Czarne?

Również kiedy wszystko powróciło do codzienności, różnica w stosunku do rządów Wiśniowieckiego była widoczna. Jakże żałosny był poprzedni sejm koronacyjny! Sesja z lutego i marca 1676 roku przebiegła w dawno już nie oglądanej godności i zgodzie. Opozycja była zupełnie zbita z tropu. "Wprawdzie kłócili się litewscy hetmani, lecz wystarczyło jedno słowo królewskiej pary, by zakończyć te niesnaski. Tylko sprawy brandenbursko-pruskie wywoływały trochę hałasu.

Chociaż Wielki Elektor nie szczędził ani miłych słów Sobieskiemu, ani pieniędzy dla opozycji - rozdzielono wśród posłów ponad 4000 guldenów, przywódca wielkopolskich senatorów, kanclerz Leszczyński, otrzymał swoją roczną pensję za kilka lat z góry - dwór podtrzymywał ten wojenny nastrój przeciw Hohenzollernom, aby po zawarciu pokoju z Turkami porwać naród do ataku na Królewiec. Jezuita o. Pikarski wybrał do tekstu swego kazania inauguracyjnego nakaz i upomnienie, by iść w ślady Bolesława Chrobrego. Pomorski wojewoda Bąkowski kierował w sejmie gwałtowne ataki przeciwko "temu niewiernemu lennikowi" w Berlinie. Trzech brandenburskich agentów i liczne listy Fryderyka Wilhelma do polskich senatorów nie starczały, by ułagodzić roznieconą przez Francję i dwór atmosferę. Sam prymas Olszowski 30 marca zabrał głos, by przedstawić Wielkiemu Elektorowi długi rejestr jego grzechów. W Berlinie zaczęto się przygotowywać na najgorsze.

Energia polskiego króla i poważanie, ba, nawet zbawcza bojaźń, którymi się cieszył, wykluczały każdą próbę wywołania wewnętrznej politycznej burdy. Posiadamy jednomyślne świadectwa dwóch wzajem sobie wrogich, znakomitych zresztą obserwatorów, świadczących, że Sobieski był pierwszym i jedynym od czasów Batorego królem, który miał taki prestiż. Złośliwy Baluze pisze 7 lutego 1676 roku do Pomponne'a: Polacy nigdy nie cieszyli się sławą mądrego narodu, lecz teraz zmieni się to na pewno, albowiem "initium sapientiae timor Domini. En effet ilzcraignent estrangement le Roy." (bojaźń pana to początek mądrości. W istocie bowiem nad podziw boją się króla) A brandenburski Hoverbeck10 kwietnia: "Tak wielką bojaźń odczuwają stany przed tymkrólem, że nawet autorytet Zygmunta III po 45 latach panowania nie może się z tym równać."

Bez poważnego sprzeciwu przyjęły izby opracowany przez Sobieskiego projekt "Bellandi modus et ordo defendendae Reipublicae tempore belli turcici" (Sposób walki i porządek obronny Rzeczpospolitej podczas wojny tureckiej) za podstawę swojej ustawodawczej działalności. Jan III w swoim elaboracie wyjaśniał, że należy wystawić armię w .liczbie 50000 żołnierza z Polski i 16000 z Litwy, zgromadzić zapasy, sprzęt wojenny i pieniądze. Królestwo musi samo, bez obcej pomocy, rozprawić się z muzułmanami. Posłusznie uchwalił sejm podatki i stan wojska na 78000 żołnierza, do tego niezbędne pełnomocnictwa, aby zagwarantować monarsze dyplomatyczną i militarną swobodę działania.

Obecnie król mógł się zwrócić zarówno na wschód, jak i na zachód. Przyjaciele Brandenburgii radzili Wielkiemu Elektorowi za pośrednictwem Scultetusa mądrze ustępować i w ten sposób wykluczyć każdy pretekst do napaści na Prusy Książęce, tym samym spełnić żądania, które opat Hacki w połowie marca przekazał Fryderykowi Wilhelmowi: zaprzestanie napaści na kurierów pocztowych, pomoc w wojnie z Turkami i wolność praktyki religijnej dla królewieckich katolików. W Berlinie wyrażono na to zgodę. Polski poseł Skoraszewski został tam bardzo uprzejmie przyjęty w maju. Zarówno zdziwiono się, jak i ucieszono, że wiosna przeszła bez rozpoczęcia działań wojennych. A nawet pod koniec czerwca Hoverbeck mógł zameldować, że Sobieski chce nawiązać z kurfirstem bliższe stosunki. W miesiąc później ten ostatni polecił swemu posłowi dbać o przyjaźń polskiego króla. Mądremu Hoverbeckowi przyszedł do głowy pomysł, dzięki któremu mógł utrzymać Jana III w tym korzystnym nastroju i który równocześnie przekreślał niektóre francuskie rachuby. Polskiemu kanclerzowi Gnińskiemu poddał myśl, że Sobieski mógłby przyjąć pośrednictwo pokojowe w europejskiej wojnie.

Dziwilibyśmy się i my brakiem wojennych działań na bałtyckim wybrzeżu Polski i Brandenburgii, gdyby źródła nie jaśniały nam przyczyn, które ostudziły ową gorliwość polskiego monarchy wobec Francji, a tym samym również jego zawziętość na Hohenzollernów. Jak to często bywało, wydarzenia na królewskich pokojach, sprawy rodzinne, nawet tajemnice alkowy splatały się z wielką polityką. Powiedzmy krótko: Marysieńka sądziła podczas swego połogu w marcu, że ma powody do zazdrości. Wyprowadzony ostatecznie z równowagi jej uszczypliwością, porywczy Jachniczek dał się ponieść złości, czego potem zwykle żałował i za co musiał ciężko pokutować. Równocześnie dostojna familia popadła w sprzeczkę wskutek grubo bramowanych złotem afer małżeńskich obu sióstr Marii Kazimiery. Jedna, jeszcze niezamężna, miała poślubić polskiego magnata Wielkopolskiego. Był on gotów pojąć za żonę bezposażną pannę, jednakże pod warunkiem przyznania mu godności kanclerza. Jan III, który zwykł był spełniać, jak dotąd, każde życzenie swojej Jutrzenki, zwlekał ze zgodą na to polityczne małżeństwo. To powikłanie. zostało rozwiązane, albowiem narzeczony tak bardzo się zakochał W swojej pierwotnie wybranej jako narzędzie ambicji małe} Francuzce, że zrezygnował z kanclerstwa i posagu, co przyniosło później wprawdzie nie .pieniądze, których papa d'Arquien nie posiadał, a nawet gdyby je posiadał, nie zechciałby ich dać, lecz dostojeństwo samo przez się.

Nie tak romantycznie wyglądała sytuacja drugiej siostry, która przybyła z Francji za swoim mężem Bethune. Ta para małżonków, którą połączyła nieco burzliwa namiętność, jak to było w zwyczaju rodziny d'Arquien, żądała z wielkim naciskiem posagu w wysokości 20000 talarów, jaki swego czasu przyrzekł im ojciec małżonki, jednakże nigdy go nie wypłacił. Ten sympatyczny człowiek, którego wiek - wówczas miał 63 lata - nie chronił przed szaleństwami młodości, ożenił się właśnie po raz drugi z pewną lekkomyślną osóbką, ale miał jej już dosyć, a ten niewielki skandal, który rozpętała sprawa rozwodowa, został wygrany natychmiast w polityce międzynarodowej: Marysieńka nie miała nic lepszego do roboty, jak w najważniejsze kwestie wagi państwowej wtrącać prośbę do Ludwika XIV, aby rozkazem uwolnił jej ojca od tej uciążliwej kobiety. D'Arquien ze swej strony zarzucał koronowaną córkę najdziwaczniejszymi pretensjami, przy tym stereotypowymi prośbami o pieniądze: jest stary, ma przecież tak niewiele lat życia przed sobą (los udzielił mu jeszcze 31 wiosen (A nawet więcej!) cierpi wielką nędzę. Ze ten ojciec rodem z komedii nie myślał wcale o wypłaceniu posagu, rozumie się samo przez się. Traktował on swoje córki, jak pan von Maxenpfutsch Nestroya, jako kapitał, który musi przynosić odsetki, i kapitał, a nie jako powód do wydatków. Przez tego czcigodnego papę, jego żądania i długi, chwyciły się obie córki, królowa i madame de Bethune, w dosłownym sensie tego wyrażenia za pieczołowicie ufryzowane włosy. Nie dość było zazdrości Marysieńki z powodu Bogu ducha winnej dworki, kłótni trzech sióstr i niewygodnego teścia! Prócz tego miał Sobieski jeszcze dwie afery na karku. Bethune i Forbin mieli ze sobą na pieńku, częściowo z powodu tych wysoko postawionych pań, częściowo zaś z powodu ostatniej, najbardziej zakrawającej na burleskę sprawy, która królowi zakłócała spokój: z powodu farsy o Brisaciera.

Historia tej intrygi wymaga właściwie osobnej książki, a ta należałaby, bez wątpienia, do najbardziej zajmujących chroniques scandaleuses. Jan III pozostawił po sobie, jak już przelotnie zdążyliśmy tu wspomnieć, pewnej francuskiej żonie urzędnika jako pamiątkę swego pobytu w Paryżu anno 1646/1647 chłopaczka, który (czy z powodu Hotel de Brisac, w którym Sobieski" mieszkał?) przybrał nazwisko Brisacier. Gdy wiadomość o wyborze króla dotarła do Francji, zapragnął ów bękart wyciągnąć korzyści z chwały tego, co go spłodził. Wprawdzie wierny Jachniczek, zanim popadł w miłosne kajdany swojej Marysieńki, posiał na prawo i lewo liczne dosyć potomstwo, o które się potem nie troszczył, ale z tym młodym Francuzem, sprawa była nie tak prosta, jak z "owocami miłości" ruskich i polskich chłopek czy też żon i córek drobnej szlachty. Monsieur Brisacier, wówczas trzydziestolatek, miał urząd dworski przy królowej Francji, bardzo skromny, lecz taki, który otwierał mu dostęp do małżonki Ludwika XIV; był jej prywatnym sekretarzem. (Czy mu w tym pomogły wpływy Sobieskiego, na przykład w salonie Longuville'ów, nie wiadomo). Ten ambitny młodzieniec wymyślił całą powieść, by - wykorzystując legendarny strach Sobieskiego przed scenami zazdrości jego małżonki - dojść do wysokich zaszczytów. Groził Janowi III, że zwróci się bezpośrednio do Marii Kazimiery, jeśli król nie spełni wszystkich próśb naturalnego syna, mianowicie nie wypłaci mu znacznej sumy pieniędzy i nie wyprosi u Ludwika XIV własnoręcznym pismem parostwa i tytułu księcia, których posiadacz byłby wskazany przez Sobieskiego (i nazywał się, oczywiście, Brisacier). W jaki sposób została wplątana w zwykłe okoliczności tej sprawy osoba francuskiej królowej, tego-nie można się dowiedzieć dokładnie. W każdym razie później twierdzono, że ona właśnie prosiła Jana III o to, by ujął się za Brisacierem w tak serdeczny sposób. Prawdopodobnie jednak Brisacier wmieszał władczynię w swoje plany bez jej wiedzy. Lecz Marysieńka znalazła się na tropie tej tajemniczej sprawy, kiedy pewien zbiegły z klasztoru karmelita, w którym domyślała się cesarskiego agenta, zameldował się u niej, a w jego bagażu znaleziono klejnoty i pismo od francuskiej monarchini do Jana III. Ponieważ małżonek nie chciał puścić pary z ust i zdobył się tylko na ogólnikowe wyjaśnienia, rozgniewana Maria Kazimiera dołożyła ten przypadek do innych akt winy męża.

W wyniku końcowym dało to nieprzerwany ciąg scen rodzinnych, były dąsy i drwiny, sprzeciwy, krzyki z obu stron. Sobieski. jednakże odpłacił Francuzom za wszystkie kłopoty i przykrości, które sprawiała mu jego kapryśna małżonka i jej pełna temperamentu rodzina. W ten sposób nie doszedł do skutku atak na Prusy. Wkrótce też i Marysieńkę opanowała złość na swoją ojczyznę. Chciała bowiem jak zwykle, kiedy miała na pieńku ze swym "najbardziej namiętnym i ukochanym małżonkiem", wyjechać do Francji, przy czym połączyć dwie przyjemności z pożytecznym, mianowicie przeprowadzić na dworze w Wersalu polityczne rozmowy i wydębić dla d'Arquienów tyle, ile tylko możliwe, przy tym jednak pobyć jakiś czas z dala od Polski, po pielgrzymować do "zaczarowanego pałacu" i tam, gdzie kiedyś była tylko małą szlachecką dworką, być honorowaną jako królewski Majestat. Przy okazji miała też słabująca Marysieńka skorzystać z wód burbońskich. Królowa wyjechała w lipcu do Gdańska i czekała tam na serdeczne zaproszenie od Ludwika XIV, dla którego przecież tak wiele zdziałała. Duma monarchy była jednakże większa niż jego pragnienie, by dawną poddankę przywiązać do siebie za cenę traktowania jej jak równej mu urodzeniem. Zamiast powitalnego pozdrowienia nadeszło wskazanie dla Bethune'a, by odwiódł Marię Kazimierę od jej zamiaru podróży do Francji, a kiedy zagmatwane zastrzeżenia nic nie pomogły, król odmówił po prostu zagwarantowania małżonce Sobieskiego żądanego przez nią przyjęcia: ceremoniał stosowny wobec angielskiej królowej nie mógł mieć zastosowania wobec małżonki jakiegoś elekcyjnego władcy. Teraz wszyscy byli źli na wszystkich. Jan III na Marię Kazimierę, Maria Kazimiera na Jana III, oboje na Ludwika XIV. Tylko że Sobieskiemu jego domowe troski nie przeszkodziły w zatroszczeniu się o zbliżającą się wyprawę wojenną.

Wyprawa na Prusy Książęce nie wchodziła już w rachubę, przynajmniej teraz. Siły narodu zostały ponownie skierowane przeciwko Osmanom, którzy anno 1676 nie okazywali większej gotowości do zawarcia pokoju niż w roku poprzednim. Sobieski z właściwą sobie aktywnością czuwał nad tym, by zatwierdzone przez sejm zbrojenia nie pozostały tylko na papierze. Tak więc nie pomogły ani skargi sejmików, że szlachta jest "w biedzie, bez pieniędzy", ani knowania cesarskich czy brandenburskich agentów. Podatki i zaciągi poszły swoim trybem. Na granicach dawne oddziały doborowe wytrwały na pozycjach. Zbudowano obozowiska i magazyny. Znakomici oficerowie jazdy, Zbrożek i Rzewuski, niezmordowanie uganiali się za Tatarami, którzy jako straż przednia armii tureckiej w lipcu rozsypali się w tyralierę aż na Wołyń.

Wcześniej niż zwykle podjęli Polacy regularną wyprawę na wroga. W połowie sierpnia rozpoczęły się walki podczas przeprawy przez Dniestr pod Chocimiem. Miały tylko na celu odciągnięcie uwagi Turków, dopóki nie nastąpi koncentracja własnych sił pod Szczercem, niedaleko Lwowa. Armia Osmanów pod dowództwem Ibrahima Szejtana, następcy Ibrahima paszy z, Damaszku zmarłego na delirium tremens, przemaszerowała w ciągu sierpnia przez Mołdawię aż do granic Pokucia. Liczyła równo 20000 Turków i mniej więcej tyle samo Tatarów, (ówczesne polskie źródła mówią, że zwykłą przesadą, o 200000 żołnierzy). Potężny tabor, który właściwie był co najmniej tak wielki jak liczba wojowników, był w bitwach raczej przeszkodą niż wsparciem.

Turecki walec parowy sapał wolno, podążając przez górzyste Pokucie, wypluwając przed siebie pojedyncze bandy Tatarów. Liczne małe twierdze zostały zdobyte przez niewiernych, wreszcie obiegli oni Stanisławów. W tym czasie Jan III zwołał radę Wojenną w Żółkwi, na której, pomijając zasady gry wojennej, zarządzono między innymi wysłanie komisarzy do tureckiego głównodowodzącego. 17 września był Sobieski we Lwowie, w dwa dni później wyruszył z polskim wojskiem w sile około 25000 ludzi do miejscowości Żurawno, gdzie miał zamiar czekać na Turków we wcześniej już wyszukanej, doskonałej pozycji defensywnej. Wyborem tego. miejsca znowu potwierdził król swoje zdolności dowódcy. Muzułmani nie przeszli przez tę przeszkodę; żaden szturm ani kanonada nie mogły jej pokonać. Oddziały sułtana traciły dzień za dniem, a Jan III, który był niezłym znawcą psychologii swych azjatyckich wrogów, mógł liczyć na szybkie wsparcie potężnego sojusznika, generała-zimy, przed którym Turcy zwykle brali nogi za pas. Walki trwały od 23 września do 14 października ze zmiennym nasileniem, którego stopień wyznaczał przebieg rokowań Ibrahima i chana tatarskie go z polskimi delegatami, obecnymi w obozie tureckim pod Żurawnem.

Sobieski z jednakową przezornością kierował militarną obroną i - za pomocą listów - dyplomatycznymi rozmowami. Przy czym znajdował się król w głębokiej psychicznej opresji, Marysieńka bowiem słała pełne goryczy listy, "jakby była w zmowie z samym Ibrahimem". Jej zazdrość - o niej samej i jej politycznym oddziaływaniu jeszcze opowiemy - była większa niż świadomość, jakie szkody mogłaby wyrządzić przez swoje pretensje. Na szczęście wrażliwy Jachniczek był nie tylko zrozpaczonym kochankiem i czułym małżonkiem, lecz również wrażliwym artystycznie człowiekiem i mężczyzną, który miał zmysł na wszystko, co heroiczne: widok malowniczego tureckiego miasta namiotów zachwycał go. To całe, tak naturalne bohaterstwo Sobieskiego widać w bezstronności, z jaką opisuje tureckich muzykantów, gdy pisze o czarującym oko widoku kolorowo przemieszanej osmańskiej armii, o wjeździe seraskiera i chana, o nocnych błyskawicach artylerii, jak gdyby to wspaniałe inscenizowane widowisko nie zagrażało życiu i zdrowiu protagonistów. Głos armat był dla króla muzyką. Jechał, wiwatując, do boju, bił się na przykład w starciu z 8 października jak zwykły kawalerzysta i z trudem dał się przywołać swojemu przezornemu rozsądkowi do kontynuowania strategii nękania nieprzyjaciela, by nie wydać swego wojska na pastwę przynoszących wielkie straty nieprzerwanych bitew w polu.

Jednakże polityk tkwiący w Sobieskim nie dal się nigdy ogłuszyć wrzawie bitewnej ani okrzykom zwycięstwa. Pośrednictwo przychylnego Polakom chana tatarskiego, na którego miał wpływ dawny przyjaciel Jana III, subchan Gasi, trzeźwe osądzenie sytuacji przez króla, którego nie - zaślepiały chwilowe sukcesy i francuskie starania zarówno u Porty, jak i na polskim dworze, przyśpieszyły dojście do skutku układu, który 17 października 1676 roku uroczyście w obozie tureckim pod Żurawnem został podpisany. Akt ten nosił wszelkie cechy prowizorycznego zawieszenia broni, które dawało obu partnerom widoki na przyszłość. Z dwóch najważniejszych kwestii jedna została zastrzeżona na rokowania dla wysłanego w tym celu do Istambułu posła Rzeczypospolitej: dokładne wyznaczenie granicy. Drugą poruszono z celową niejasnością w polskim tekście aktu, w tureckim zaś załatwiono tę sprawę powołaniem się na pokój w Buczaczu: chodziło o płacenie trybutu sułtanowi przez Polskę. Jako bezpośrednie korzyści tego układu należy wymienić: okres wytchnienia dla oszczędzonych na jakiś czas przez Tatarów dzielnic wschodnich, wolność handlu dla kupców, zwrot jeńców. Za to wyrażone w pakcie przymierze dotychczasowych przeciwników miało tylko teoretyczną wartość. Jeśli chodzi o sprawy terytorialne, Polska otrzymała z powrotem część Ukrainy i Podola, Jakiej wielkości miały być te tereny, to zależało od sukcesu przyszłego pełnomocnika przy Złotym, Rogu i od sprawności polskich garnizonów w tych prowincjach, czy dadzą sobie radę z Tatarami i Kozakami. Podporządkowanie Kozaków Wysokiej Porcie zostało w akcie pokojowym pod Żurawnem wyraźnie uznane.

Teraz, zdawało się, nadszedł moment, który francusko-polskie przymierze z 11 lipca (w rzeczywistości: 11 czerwca 1675r.) 1675 roku chciało wykorzystać na ingerencję Jana III w ogólnoeuropejskie spory. Jaki użytek uczyni władca z tej możliwości posłużenia się na Zachodzie stojącymi obecnie do dyspozycji polskimi siłami zbrojnymi? To pytanie zaprzątało kancelarie państwowe. Nadzieje i obawy, które stały się przy tym głośne, determinowały sąd o układzie w Żurawnie. Nuncjusz Martelli nazwał go hańbą, do której nakłoniła Polskę Francja. W Wiedniu odczuwano, według świadectwa nuncjusza Albrizziego, wielki niepokój, albowiem zarówno Turków, jaki Polaków uważano za zdolnych do przykrych niespodzianek. Nie mniejsze panowało zaniepokojenie w Brandenburgii. Za to francuska dyplomacja cieszyła się ze swego dzieła.

Następne tygodnie charakteryzowała gorączkowa polityczna działalność. Cesarz związał się z carem nowym układem dla ochrony polskich wolności i przeciw polskim zamiarom dotyczącym habsburskich Węgier. Dania i Brandenburgia przyrzekły sobie wzajemną pomoc w razie szwedzkiego lub polskiego ataku. Zierowski i Hoverbeck starali się o to, by Sobieski nie zapragnął dokonać podboju ich własnych krajów. Brandenburczyk próbował przekonać króla, że szwedzkie Inflanty nadają się na księstwo dziedziczne dla królewicza Jakuba. Jednocześnie zostali zmobilizowani magnaci należący do cesarskiej i elektorskiej klienteli. Leszczyńscy i Grzymułtowscy w Wielkopolsce - wspierani przez polityków ze szlachty, jak Gałecki, Krzycki i Breza - Pacowie na Litwie, biskup Trzebicki z Krakowa, książę Dymitr Wiśniowiecki w Małopolsce i na Rusi sprzeciwiali się wojnie z chrześcijańskimi sąsiadami. Trudno jednakże było przewidzieć, czy miecz wyciągnięty z pochwy do połowy da się w niej zatrzymać. I w końcu Austriacy, Brandenburczycy i Szwedzi zaczęli postępować podług recepty odwiecznego egoizmu: "Święty Florianie, oszczędź mój dom, podpal inny!"

Na początku można było sądzić, że pożar obejmie Węgry. Bez pośrednio przed wyruszeniem na ostatnią wyprawę przeciw Turkom przyjął Jan III delegację rebeliantów z Węgier pod przywództwem Szepesiego i Keczera, która ofiarowywała mu koronę świętego Stefana dla syna Jakuba. Król odmówił wówczas, ponieważ potrzebował jedynaka na swego następcę w Polsce. To "nie" było umotywowane wówczas przejściową irytacją z powodu Francji. Po Żurawnie jednak panowało w domu monarchy niezmącone szczęście; Marysieńka i Jachniczek święcili jedną ze swoich licznych wiosen miłości, które następowały po równie licznych sporach małżeńskich. Z tym wiązał się jednocześnie powrót do kursu francuskiego. Polski władca był znów gotowy do węgierskiej ofensywy odciążającej sojusznika na Zachodzie, oczywiście nie w tym wymiarze, w jakim sobie życzył Ludwik XIV i jaki martwił cesarza. W Wersalu zaaprobowano teraz, po zawarciu polsko-tureckiego pokoju, układ Apafiego i Thokołyego, dzięki któremu Siedmiogrodczycy uprawnieni zostali do poważnych zbrojeń. Polecono Bethune'owi nalegać na przyrzeczoną pomoc ze strony Jana III: "Rien ne me peut importer davantage qu'une diversion du cóte de la Hongrie ou de celui de la Prusse" (Największe znaczenie ma dla mnie dywersja bądź Węgier, bądź Prus)

Leopold I natomiast zwrócił się na początku listopada do papieża, by ten wpłynął na Sobieskiego i polskich panów, ażeby w ich ojczyźnie ustały werbunki dla wsparcia węgierskich powstańców. Bethune jest duszą tych knowań, "qui ipsam sibiHungariae coronam a rebellibus perfidis pepigisse dicitur". (o którym mówią, że pragnął dostać dla siebie tę właśnie koronę węgierską od wiarołomnych rebeliantów.) Innocenty XI rozkazał nuncjuszowi Martellemu podjąć konieczne kroki na korzyść Austrii. Następnie Ojciec Święty, w odpowiedzi na meldunek Jana III o układzie z Żurawna, wypowiedział się bardzo ostro przeciw temu paktowi z niewiernymi.

Papież i cesarz znajdowali poparcie na większości sejmików w Polsce. Nawet tam, gdzie pokój z Porta był witany z radością, szlachta ostrzegała przed mieszaniem się w ewentualną wojnę europejską. I głos namiestnika Bożego, i publiczna opinia wywarły wrażenie na Sobieskim. Król został umocniony w swoim zamiarze, by postępować z największą ostrożnością i przy całym poparciu dla francuskich celów nie dać się nakłonić do zajęcia otwartego stanowiska wobec węgierskich powstańców. Tak samo opierał się regularnym działaniom wojennym przeciwko Brandenburgii. Dopiero teraz okazało się, jak zręcznie został zredagowany sojusz z Jaworowa. Albowiem przez wyznaczenie terminu polskiego uderzenia na czas po zawarciu pokoju z Turkami, od decyzji Jana III zależało przyjęcie danego momentu za właściwy, dlatego mógł uznać pakt spod Żurawna jako zaledwie wstępny etap do ostatecznego zawarcia pokoju i przez to zyskać na czasie. W końcu król mógł również, jak się zwierzył nuncjuszowi, podjąć walkę z Porta w każdej chwili na nowo, a wówczas był wolny od każdego zobowiązania na Zachodzie. Rozwiązanie tego problemu zależało od wyniku pertraktacji na dworze Sułtana. Tylko w tym wypadku mogła się Polska ważyć na tak ryzykowną awanturę, jak wyprawa na podbój Prus Książęcych, gdyby na znośnych warunkach rzeczywiście na dłuższy czas zyskała całkowity spokój od Turków i Tatarów. Jednakże konflikt z cesarzem, tego jesteśmy pewni, nie był nigdy przez Sobieskiego brany poważnie pod uwagę, chociaż pozory świadczą przeciwnie. Ile razy emocje ciągnęły go na Węgry, tyleż razy rozsądek przywoływał go do porządku.

To okazało się na sejmie zebranym 14 stycznia 1677 roku. Jan III przedłożył delegatom, bez ociągania, propozycję odnowienia austriacko-polskiego przymierza z 1657 roku, zgodził się nawet na dołączenie klauzuli, zabraniającej obu partnerom popierania buntów przeciwko stronie sprzymierzonej lub zamachów na jej terytorium. Król przez to wyraźne zobowiązanie - "nemo alterius rebelles proteget" (aby nikt nie popierał buntowników) - znalazł się w drażliwej sytuacji. "Właśnie w kwietniu, na krótko przed akceptacją sojuszu z cesarzem, Bethune zawarł z księciem Hieronimem Lubomirskim, magnatem z kręgu najbliższych - przyjaciół Sobieskiego, układ, podług którego ów na czele korpusu ochotniczego, składającego się z 4000 ludzi, chciał śpieszyć na pomoc węgierskim powstańcom. Lubomirskiemu, który należał do zakonu kawalerów maltańskich, przyrzeczone za to opactwo we Francji i tytuł francuskiego generała-lejtnanta. Ta sprzeczność między bez wątpienia znaną polskiemu władcy działalnością zapobiegliwego ambasadora i pierwszej rangi magnata, z jednej strony, a wyrażonym w utrzymaniu sojuszu z Austrią życzeniem dobrych stosunków z cesarzem, z drugiej, nie była nie do rozwiązania; wymagała, oczywiście, wielkiej dyplomatycznej sztuki, aby nie uwikłać się w zręcznie rozpiętej sieci tej doprawdy akrobatycznej polityki zagranicznej.

Sobieski chciał rozwiązać problem zatrudnienia zwerbowanych na wojnę z Turkami, a obecnie zbędnych, nie opłacanych już przez skarb państwa oddziałów wojskowych tak, by nie wypłacać im żołdu z publicznych środków. Musiał przy tym uważać, by żołnierze nie zorganizowali się w jedną z owych wojskowych konfederacji, które odegrały tak fatalną rolę w historii polskiej, i nie mógł znieść tego, że zwolnieni weterani podejmowali służbę u innych dowódców, a nawet w końcu u wrogów króla czy Rzeczypospolitej. Wyjście z tej sytuacji, jakie znalazł Jan III, było genialnym politycznym posunięciem. Kazał sprowadzić oddziały z Francji, część ich wysłał z Polski na Węgry, część zaś zebrał na granicy pruskiej, przy czym poprzez dowódców tych nowo utworzonych ochotniczych korpusów zachował wpływ na nie, a mimo to nie wikłał Polski w żaden otwarty konflikt z najbliższymi sąsiadami zachodnimi, dopóki sam tego nie zechciał. Gdyby zdecydował się, na przykład, poprowadzić wyprawę na Prusy Książęce, wówczas wojskowe formacje byłyby do tego w krótkim czasie gotowe. Jeśliby jednak pokój z Austrią i Brandenburgią został utrzymany, wówczas żołnierzy przebywających na Węgrzech i na terenach nad dolną Wisłą potraktowano by jedynie jako prywatne oddziały, za które władca nie ponosi żadnej odpowiedzialności i tym samym nie popiera żadnych rebelii przeciwko Habsburgowi ani nie nosi się z wrogimi zamiarami przeciw, Hohenzollernom.

Tak więc armia mogła być zmniejszona do 12000 żołnierzy, co nie zagrażało prawdopodobną w innym wypadku wojną domową i tworzeniem się band rozbójniczych ze zwolnionych żołnierzy. Jedni bowiem znaleźli przytulisko u Lubomirskiego, inni u tej "bezpańskiej hołoty", którą dostrzegł brandenburski poseł Hoyerbeck wokół Prus Książęcych. Trzecia grupa została na podstawie pewnej rozsądnej "Konstytucji o wojsku" osiedlona w tzw. granicznych koloniach na południowym wschodzie Rzeczypospolitej, by tam na pierwsze wezwanie chwycić za broń przeciw muzułmanom i Kozakom.

Oprócz odnowienia sojuszu z Austrią i zastosowania kroków sprowadzających armię na stopę pokojową, sejm uchwalił jeszcze potwierdzenie paktów z Brandenburgią (wreszcie!), następnie wysłanie poselstw do Turcji i na dwór cara. Wojewoda Gniński miał jechać do Konstantynopola, książę Czartoryski do Moskwy. I tym razem zwierzchność Sobieskiego objawiła się tak samo wyraźnie jak na sejmie koronacyjnym. Polska była na najlepszej drodze, by dzięki wzmocnieniu królewskiego autorytetu wyjść z nieładu i liberum veto i powrócić do czasów kwitnącego parlamentaryzmu. Debaty były wprawdzie często burzliwe, na przykład nad układem z Wielkim Elektorem (przy czym ujawniły się w całości polsko-brandenburskie stosunki) i nad fideikomisem (Fidelikomis - rozporządzenie spadkodawcy, aby kolejni spadkobiercy przekazywali majątek swym następcom w stanie nie uszczuplonym, według ustalonego porządku dziedziczenia) Ostrogskich, który przez dwa stulecia periodycznie wzniecał zamieszki na sejmach; monarcha nie tracił mimo to panowania nad posłami, kierował izbami, jak i do jakiego stopnia chciał.

Podczas sesji obcy dyplomaci stosowali swoje zwykłe sztuczki. Nuncjusz oraz przedstawiciele Austrii, Francji, Brandenburgii, Szwecji i Danii werbowali nowych zwolenników, a starych starali się utrzymać w cuglach. Węgrzyn lał się strumieniami, nieprzerwanie również płynął potok złota. Hoverbeck nawiązał bliższe stosunki z wojewodą ruskim Jabłonowskim, który groził Francuzom, że da drapaka; za to zachwiała się galofobia Pacówi ocierali się oni o krąg Bethune'a. Jednakże litewskie królewięta powróciły stamtąd rozczarowane i zaoferowały Hohenzollernom pomoc w razie szwedzko-polskiego sojuszu, i to za skromną cenę 20000 talarów. Wielki Elektor musiał głęboko sięgać do kieszeni, by odpowiednio uhonorować nie tylko Paców, lecz również prymasa Olszowskiego, Gnińskiego i innych magnatów, którzy przyczynili się do potwierdzenia paktów welawskich.

Mimo to stosunek między Polską a Brandenburgią nie polepszył się. Podczas sejmu ukazała się broszura Nobilis Poloni de statu moderno Reipublicae iudicium (Sąd polskiego szlachcica o obecnym stanie państwa) pełna gwałtownych ataków na Sobieskiego, wzbudzając jego gniew. Hoverbeck, oskarżony o autorstwo, wiedział, jak się oczyścić; jednakże to, że autorem jest jeden z bliskich mu rodaków, było pewne. Polski dwór od powiedział pismem polemicznym Respons Pseudo-Poloni (odpowiedź pseudo-Polakowi)w którym znowu Brandenburgia została potraktowana jak najsurowiej. Ta wojna na pióra sama w sobie była mniej groźna niż jako oznaka niezmiennego napięcia między Warszawą a Berlinem. Po zakończeniu sejmu (27 kwietnia 1677 roku) dołączył się następny incydent; agent Hohenzollernów Wichert został wydalony z kraju przez Sobieskiego z powodu "swojej nadmiernej ciekawości". To było wstępem do bacznie obserwowanej podróży, jaką podjął Jan III wraz ze swą rodziną z biegiem Wisły, w której towarzyszyli mu Bethune, Forbin i liczny orszak. Monarcha zabawił dwa miesiące w polskich Prusach, potem, począwszy od l sierpnia 1677 roku, zamieszkał w swojej rezydencji w Gdańsku. Tu miała zapaść decyzja o pokoju lub wojnie.

Sobieski nie był przeciwny napaści zbrojnej, jednakże chciał ją skierować na Prusy Książęce. Ale Francuzi starali się przede wszystkim wmieszać króla w awanturę węgierską. Szczególnie Bethune pracował nad tym z wielkim naciskiem. Miał wyjątkowe powody. Ponieważ polski władca wciąż jeszcze nie zdecydował się na ofiarowywaną mu koronę św. Stefana, ambitny markiz nakłonił więc pełnomocników powstańców węgierskich, by jemu właśnie zaproponowano godność królewską ich kraju. Apafi, książę Siedmiogrodu, zgodził się na to, choć sam żywił podobne nadzieje. Jego posłowie u Porty pracowali tam na rzecz wywyższenia Bethune'a. Ów 27 maja zawarł z węgierskimi delegatami, Absalonem i Munkacsym, ostentacyjny układ, na mocy którego Francja przyrzekała im 100000 talarów rocznej subwencji, za co oni mieli wystawić 15000 zbrojnych do walki z cesarzem. Oddziały te miały być użyte, stosownie do francuskiego życzenia, albo na Węgrzech, albo przeciwko Morawom i Śląskowi. W drugiej tajnej umowie został przyrzeczony ambasadorowi węgierski tron.

Marzenia o władzy tego ambitnego mężczyzny były całkowicie zrozumiałe. Mąż jednej z panien d'Arquien, znając koleje losu innej córki z tego rodu, został zachęcony do zdobycia również dla siebie królewskiego diademu. Czyż Bethune'owie nie byli starszym i bardziej jaśnie oświeconym rodem od Sobieskich? Madame Bethune ustawicznie dopingowała męża. Splendor siostry nie dawał jej spokoju. Na początku ambasador szturmował swego władcę prośbą o tytuł księcia. Wkrótce jednak żądała ta dumna para jeszcze więcej. Ale Ludwik XIV milczał zarówno wobec prośby o najwyższy tytuł francuskiej szlachty, jak i wobec dosyć nieokrzesanego sondowania jego opinii o węgierskich planach koronacyjnych ambasadora. Bethune, który właśnie dawał się fetować swoim przyszłym poddanym jako ich władca, na swój meldunek o układzie z powstańcami otrzymał chłodne po winszowanie, jednakże na opowiadanie o - ponoć odrzuconym przez niego - zamiarze Madziarów, by powołać Bethune'a na tron, nie zwrócono w ogóle w Wersalu uwagi.

Splot spraw węgierskich zaważył jednak mocno na francuskiej. polityce dotyczącej Polski i zaszkodził jej. Zaślepiony całkowicie swoimi iluzjami powstrzymał Bethune swego szwagra przed atakiem na Prusy Książęce, który już dojrzał do realizacji. Dzisiaj już za późno na tę ekspedycję - pisał ambasador w pewnym liście z 15 lipca - należy poczekać do następnego roku. Owo niezdecydowanie udaremniło cały plan. Albowiem Jan III przypomniał sobie swoje francuskie doświadczenia z hetmańskich czasów, kiedy go przy poprzednich sposobnościach na tym samym wybrzeżu bałtyckim zostawiono na lodzie. Wzbraniał się, jeżeli chodzi o Węgry, wykroczyć poza pomoc dotychczas udzieloną i wdać się w całkiem obojętną dla Polski, jeśli nie zgubną dla niej awanturę. Król był gotów tylko tam zaangażować całą siłę zbrojną, gdzie rysowały się widoki na najkorzystniejszą zdobycz, zaokrąglenie terytorium, które otwierało szeroki dostęp do morza i gdzie można się było przy tym powoływać na historię, działając spodnie z życzeniem miejscowej ludności.

W pełni lata 1677 roku Sobieski był zdecydowany uderzyć. Przebywał w Gdańsku, aby być blisko pomorskiego placu boju i by w najdogodniejszym momencie zerwać pokój z Brandenburgią. Gdańskie sprawy dostarczały po temu różnorakich pretekstów. W tym, będącym pod polskim protektoratem, zresztą narodowościowo niemieckim i samorządnym mieście, lud był za Polską, podczas gdy rody ciążyły ku Hohenzollernom. Na czele "pospólstwa" stał świetny mówca, pastor Strauch, demagog o nadzwyczajnej sile przyciągania. Wielki Elektor pojmał go i trzymał w areszcie. Żądanie uwolnienia gdańskiego przywódcy ludu z tego, oczywiście dość łagodnego, aresztu wybrał Sobieski jako jedną ze skarg prowadzących najprostszą drogą do konfliktu, aby przedłożyć ją w odpowiednim momencie Fryderykowi Wilhelmowi. Innym spornym punktem, który mógł doprowadzić do zbrojnego starcia, było traktowanie gdańskich katolików. Jan III ofiarował im swoją opiekę, Hohenzollern zaś ujmował się za swymi braćmi w wierze.

Pod koniec sierpnia kryzys osiągnął punkt szczytowy. W Gdańska został wreszcie podpisany sojusz polsko-szwedzki, nad którym od trzech lat pracował niezmordowanie Lilliehook, Po czym armia złożona z wojsk obu krajów, w liczbie od 14000 do 17000 żołnierza, miała zdobyć Prusy Książęce, a te miały przypaść Jakubowi Sobieskiemu, synowi króla, jako księstwo dziedziczne, podczas gdy Kłajpedę odstąpiono by Szwedom. Szwedzkie siły zbrojne przemaszerują przez Polskę omijając większe miasta, będą one musiały za wszystko płacić gotówką. Francja ręczy za przestrzeganie tego sojuszu. Aby nie powodować kłopotów związanych z konstytucją, Sobieski będzie działał jako osoba prywatna, a nie w imieniu Rzeczypospolitej. Polskie kontyngenty nie były werbowane przez państwo, lecz przez zaufanego człowieka władcy. Miało to jeszcze tę zaletę, że zdobyte tereny przy padłyby pod nieograniczone zwierzchnictwo dynastii Sobieskich.

Parę dni po zawarciu tego paktu pojawił się u Jana III wysłany przez Fryderyka Wilhelma brandenburski dyplomata Scultetus. W podarunku przekazał sześć klaczy, miał jednak zasięgnąć języka co do planów Sobieskiego. Albowiem Wielki Elektor był świetnie poinformowany o nadciągającym niebezpieczeństwie. Już na początku lipca przekazano mu z Danii tekst planowanego szwedzko-polskiego sojuszu, który został tam przechwycony. Hoverbeck podał go do wiadomości polskim przyjaciołom Brandenburgii i zaklinał ich, by ratowali pokój. Zanim jednakże powolny aparat sejmików ziemskich został wprawiony w ruch, Sobieski podjął kroki, które musiały przerodzić się we wrogie działania. Ledwo Scultetus zdążył wyjechać z Gdańska, w obozie pod Szczecinem u Fryderyka Wilhelma zameldował się polski ablegat Hacki i zażądał uwolnienia pastora Straucha. Pod koniec października żądanie to powtórzone zostało dużo ostrzej przez drugiego wysłannika, który, prócz tego wniósł sprzeciw przeciwko prześladowaniu katolików na brandenburskim obszarze Drahimu, polskim lennie, i przeciwko nadużyciom licznych kaprów Fryderyka Wilhelma. Poseł Sobieskiego Gorzyński, "człowiek całkowicie zależny od francuskiej frakcji, bardzo sprawny w gębie i mający dość długi język", zachowywał się nad wyraz butnie i wyniośle. Jego mowa przypominała, jak skarżyli się radcy z klasycznym wykształceniem, mowę posła Aleksandra Wielkiego lub Cezara, i faktycznie chciał on się czuć podobnie jak rzymscy senatorowie, którzy w swej todze mogli przynieść wojnę lub pokój, lecz do ojczyzny zdecydowani byli powrócić tylko z wieścią o wojnie.

Hohenzollern znajdował się w przykrej, by nie powiedzieć rozpaczliwej, sytuacji. Jego przedsięwzięcie przeciwko szwedzkiemu garnizonowi w Szczecinie było zagrożone, jeśli Polacy ze swej strony przystąpią do walki. Był przekonany o trwałej okupacji Gdańska przez Sobieskiego i liczył się z możliwością długiej wojny na śmierć i życie, gdyby Jan III rzeczywiście zaatakował Prusy Książęce. Dlatego ten pewny siebie kurfirst przełknął wyzwanie, przyrzekł w swej odpowiedzi do Sobieskiego uwolnienie Straucha, jeżeli inaczej nie da się przywrócić spokoju w Gdańsku, i zgodził się na komisję dla zbadania dalszych oskarżeń króla. Jednocześnie starał się ułagodzić monarchę przez poselstwo nadzwyczajne, którego przedstawicielem był w Polsce wysoko ceniony i wielce doświadczony Hoverbeck.

Jednakże wszelkie te zabiegi miłosne poszłyby na próżno, gdyby sami Francuzi i Szwedzi nie przegrali swej szansy, gdyby Turcy nie stali się mimowolnymi sprzymierzeńcami Hohenzollernów i gdyby węgierskie marzenia o władzy pana Bethune'a nie wprawiły w stan wrzenia polskiej opinii publicznej. Trzeba uprzytomnić sobie sytuację wojenną: Wielki Elektor obozował ze swoimi najlepszymi oddziałami pod Szczecinem, nad Renem potrzebne mu były do obrony znaczne siły zbrojne. Prusy Książęce, właściwie były bezbronne. Na ich granicach zarządca dóbr Sobieskiego, Francuz nazwiskiem Beaulieu, zebrał z odprawionych weteranów wojny tureckiej znakomitą armię. Pośród jej oficerów było wielu emigrantów, którzy by w chwili wymarszu na te tereny otrzymali natychmiast wsparcie, między nimi niejaki Schlieben, mianowany wojewodą Inflant, i młody Rothe. Jeśliby teraz wkroczyły oczekiwane szwedzkie regimenty i jeśliby Francja z całym naciskiem poparła ofensywę bałtycką, wówczas Fryderyk Wilhelm nie uniknąłby katastrofy.

Niebo jednak okazało się łaskawe dla Hohenzollernów. Najpierw zawiedli Szwedzi. Zamiast wysłać nowe oddziały, których uderzenia zniecierpliwiony król polski zażądał 2 grudnia, ultymatywnie najpóźniej do 20 tego samego miesiąca, Szwedzi zaskoczyli władcę kapitulacją Szczecina 27 grudnia. Jan III ujrzał się teraz samotnym wobec wypróbowanej w bojach armii kurfirsta. Tak, gdybyż były tu oddziały, które od miesięcy nieprzerwanie płynęły przez Stryj z Polski na Węgry! Brakowało ich tam, gdzie były niezbędne, a swoją obecnością w niewłaściwym miejscu przyczyniały wielkich szkód polskim interesom.

Grzymułtowski z właściwą sobie diabelską przenikliwością poradził brandenburskiemu agentowi Scultetusowi, by jego pan skłonił cesarza do skargi na francuskie werbunki; jeśli bowiem Leopold I wniósłby protest przeciwko pomocy dla węgierskich rebeliantów wychodzącej z polskiej ziemi, wówczas doszłoby natychmiast do powszechnego oburzenia. Albowiem każdy w Polsce jest za ekspedycją na Prusy, za to nikt za lekkomyślnie sprowokowaną wojną z Habsburgami.

Powiedziano, wykonano. Fryderyk napisał do władcy Rzeszy, Z Wiednia poszły listy do sarmackich wielmożów i sukces nastąpił natychmiast. Biskup krakowski gniewnie zagroził nowemu prymasowi Wydżdze, że znajdzie się już sposób na zlikwidowanie wsparcia dla madziarskich buntowników. "Ista est infelicitas nostra quod ministri gallici tantum audeant in noc regno," (Owo jest nieszczęście nasze, że ministrowi francuscy tak wiele pozwalają sobie w tym królestwie.) Ulewa pism protestacyjnych spadła na Jana III i ów zauważył ku swemu zmartwieniu, że niechęć wobec - nigdy zresztą przez niego samego nie zaakceptowanej - węgierskiej awantury zaczyna się także rozszerzać na odzyskanie Prus Książęcych.

Gromada przeciwników Bethune'a i francuskiej orientacji powiększyła się prócz tego o nowego potężnego sprzymierzeńca, którego nikt nie ważyłby się nawet spodziewać - o królową. Ta bowiem znowu poczuła się urażona w swoich najświętszych uczuciach, ponieważ jej brat, comte de Maligny, nie mógł załatwić W Wersalu wszystkiego podług jej życzenia, czyli tego, co mu Marysieńka poleciła: ani nie uzyskał tytułu książęcego dla papy d'Arquien, ani nie wymógł na francuskich możnowładcach innych oczywistych argumentów. Za to zręczny Austriak Zierowski, który powoli i wytrwale wkradał się w łaski Marii Kazimiery, roztaczał przed jej oczyma piękne miraże. Jeśli nie francuski tytuł diuka, to ranga cesarskiego księcia może też zdobić ojca władczy- ni, a talary w należytej sumie są tak samo dobre, jeśli nie lepsze niż francuskie liwry. Wreszcie Marysieńka czuła urazę do siostry, że ta chciała posłużyć się Polską jako stopniem wiodącym do węgierskiego tronu. Co było godne Astrei Celadona Jachniczka, to nie musiało się zaraz należeć tej Egerii jakiegoś Bethune'a, a już tym bardziej, jeśli Sobieskich coś tak drogo kosztowało jak te żądze koronacyjne ambasadora.

Do decydującego zwrotu, który przygotowało zachowanie się Szwedów i ich militarna niezaradność oraz węgierskie iluzje markiza, doprowadziły jednak meldunki Gnińskiego z Istambułu, ów przed swoją podróżą w maju 1677 roku otrzymał polecenie, aby możliwie najwięcej terenów Podola i Ukrainy wcielić do Polski przy ustalaniu nowych granic, uchylić się od praktycznego stosowania sojuszu z Porta i dzięki obecnej wojnie Osmanów z Moskwą wynegocjować jak najdłuższy okres spokoju bez opowiadania się Polski za żadną z walczących stron. Takie stanowisko było dla Turków niepożądane. Wielki wezyr Kara Mustafa, niegodny i zaletami umysłu nie dorównujący swemu poprzednikowi sławnemu Koprulu, wmówił sobie, że Polacy jako pewien rodzaj wasali, nie inaczej jak hospodarowie księstw naddunajskich czy jak mianowany obecnie z łaski sułtana na hetmana Kozaków syn Bohdana Chmielnickiego, Jurij, są zobowiązani do wspólnej wyprawy przeciw carowi. Zarozumiały, ograniczony pierwszy minister padyszacha już z góry postanowił sobie, że upokorzy Polaków. Nie przemilczał zamiaru, że po Moskwiczanach dobierze się do skóry cesarzowi i Rzeczypospolitej. Gniński, którego zwiodło wspaniale przyjęcie u seraskiera Ibrahima paszy w drodze do Konstantynopola, został wkrótce wyprowadzony z błędu. Przepyszny wjazd posła do Istambułu nie wywołał zamierzonego wrażenia. Kiedy Gniński sądził, że swym, w połowie od polskich książąt Kościoła pożyczonym, bogatym wyposażeniem - ćwierć miliona guldenów, z pięćdziesięcioma wozami bagażu i orszakiem przypominającym małą armię - zaimponuje Osmanom, ci stwierdzili, co następuje: "Za mało tego na oblężenie, zbyt wiele na poselstwo." Ten pokojowy negocjator prawie że był trzymany w areszcie, cierpiał głód i nie osiągnął nawet tego, by chociaż poro- zmawiać z miarodajnymi ludźmi Porty, nie mówiąc już o przedłożeniu polskich życzeń. Wobec faktów, które ujawniły bezwartościowość tak zwanego pokoju z Żurawna, musiał się Sobieski po trzykroć zastanowić, czy może zadrzeć równocześnie z cesarzem i Brandenburgią.

Tym samym sprawa planu pruskiego została przesądzona, chociaż przykre konsekwencje tego utrzymywały się jeszcze przez dłuższy czas. Sobieski starał się teraz tylko o to, żeby wybrnąć we właściwy sposób z przegranej sytuacji. Okazał przy tym, jak zwykle, swoją wielką mądrość. Mimo to jego autorytet doznał uszczerbku, dopiero wyprawa wiedeńska przywróciła go w pełni. Opozycja, która do tej pory nie ważyła się podnosić głowy, wykorzystywała z gorliwością okazję, by na niezadowoleniu szlachty, spowodowanym węgierskimi ekstraturami Bethune'a, zbić kapitał; wielkopolscy i litewscy magnaci ponadto szukali przeciw swemu potężnemu królowi wsparcia w Wiedniu i Berlinie, ów jednakże, dzięki dokonaniu w porę właściwego zwrotu w polityce, pozbawił ich żagle wiatru. Z Fryderykiem Wilhelmem, który ułatwiał temu monarsze nawiązanie dialogu, doszedł w ciągu zimy znowu do znośnego porozumienia. Jan III zezwolił na przemarsz brandenburskich oddziałów przez polskie tereny do Prus Książęcych, l lutego 1678 roku poprosił Karola XI, by nie wysyłał szwedzkich regimentów do wspólnej walki przeciw Hohenzollernom, albowiem korzystny moment po temu już minął. Równocześnie na ponaglające memorandum Lilliehooka odpowiedział, że w sytuacji, kiedy Szczecin upadł i zagraża nie tylko wojsko elektora, lecz również sprzymierzona z nim armia litewska pod dowództwem Paca, zbrojna rozprawa z tak przeważającym nieprzyjacielem mogłaby jedynie doprowadzić do klęski.

Tymczasem Hoverbeck tej cudem zażegnanej wojny omal że nie przemienił w sojusz, ów mądry dyplomata powstrzymał swego władcę przed nawiązaniem kontaktu z wewnętrznymi przeciwnikami Sobieskiego. Wywinął się zręcznie Pacom, którzy prosili Brandenburgię o ni mniej i ni więcej, jak tylko o pomoc planie detronizacji Jana III. Miast tego mógł Hoverbeck przekazać pismo od kurfirsta, które królowi i królowej "tak serca poruszyło", że poznali, "iż żaden z sąsiadów nie jest godny większego zaufania niż [Fryderyk Wilhelm] i wyrażają gotowość okazania się podobnie życzliwymi jak on im i ich domowi, więc również troszczyć się i pracować dla dobra i korzyści [Fryderyka Wilhelma] domu".

Co mogło ten nagły zwrot jeśli już nie wywołać, to przecież przyspieszyć? Kurfirst obiecał swoją pomoc w przekształceniu polski w królestwo dziedziczne rodu. Sobieskich i przekazanie Drahimu i Bytowa Jakubowi, najstarszemu synowi króla; do tego zainicjował przymierze z cesarzem. Było to oczywiście najlepsze wyjście, jakiego mógł sobie życzyć Jan III, skoro francuska polityka zgotowała mu same tarapaty, a teraz groziła wybuchem nowa wojna z tureckimi przyjaciółmi Ludwika XIV. 6 marca polski król dziękował serdecznie ze życzliwość swemu brandenburskiemu sąsiadowi. Wówczas otrzymał również pojednawcze pismo od Leopolda I. Pod wpływem nuncjusza Buonvisiego zdecydował się cesarz zaproponować Polsce całkowity powrót do starej, zachowywanej przez stulecia zgody; dwór wiedeński pragnął zapomnieć o pomocy króla dla węgierskich rebeliantów, jeżeliby ta natychmiast ustała. Obaj monarchowie są przecie związani ze sobą wspólną walką obronną przeciwko niewiernym

Sprawozdania Gnińskiego z Konstantynopola ponaglały Sobieskiego do pochwycenia wyciągniętych ku niemu dłoni Habsburga i Hohenzollerna. Turcy nie zgadzali się na najmniejsze nawet ustępstwa. Przyjazny Polsce chan tatarski, Selim Gerej, zastąpiony został 10 lutego przez Murada Gereja, a ten zapowiedział, że wkroczy, jeśli giaurowie nie spełnią natychmiast wszystkich warunków Porty. Rozmowy między TataraTni i posłem przebiegały w najostrzejszej formie. Wojewoda, który w swej ojczyźnie przywykł do innych manier, nawet wobec swego władcy, zwracał się na przykład do chana: "Proszę pokornie, jeśli coś uproszę, i dziękuję nawet wówczas, jeśli nic nie osiągnę." Na wielogodzinnych konferencjach wciąż musiał Gniński wysłuchiwać, że granice będą tak ustalone, jak się Turkom spodoba. "Lubo się gniewacie, lubo się kłaniacie, nam to jedno, o przyjaźń waszą jako i o gniew Porta nie dba. Nie ustąpi ani piędzi zdobytej ziemi." Takie były na pożegnanie słowa chana, który z końcem lutego wyruszył w pole. 8 marca został przekazany Gnińskiemu tekst ostateczny układu, pokoju podyktowanego, który potwierdzał wyraźnie układ z Buczacza. Pertraktacje z wielkim wezyrem i z reisefendim były bezowocne. Również ci wszyscy dostojnicy Porty traktowali polskiego pełnomocnika z lekceważeniem. Jeden z nich odparł w ten sposób, gdy Gniński żądał dostępu do Grobu Świętego w Jerozolimie dla katolików rzymskiego obrządku: "Wy i Grecy kłócicie się jak psy o kość. Chętniej się ją daje jednak psu własnemu niż obcemu kundlowi." Gdy poseł prosił o niewielką regulację granicy, usłyszał wówczas: "Chcecie zaś odbierać swoje, niechże przyjdą wojska wasze i pokażą, co waszego!"

Gdy tylko wiadomości z Istambułu, z jednej strony, a układne głosy z "Wiednia i Berlina, z drugiej, przypieczętowały konieczny zwrot w jego polityce zagranicznej, Jan III wyjechał z Gdańska. 14 lutego opuścił miasto, godząc przedtem magistrat z cechami. Król udał się do Lublina, aby być bliżej granicy południowo-wschodniej, czekając tam na ostateczną wiadomość z Turcji i na poselstwo moskiewskie, które miało przynieść odpowiedź na misję Czartoryskiego i Sapiehy na carskim dworze. Sprawy posunęły się tak daleko, że zamiast walki o wybrzeże bałtyckie, wyglądano nowej wojny z Turkami. Jabłonowski, frankofil, i Pacowie byli zgodni co do tego, że należy starać się o współdziałanie z Moskwą. Tymczasem, ku przykremu rozczarowaniu Polaków, rosyjski poseł Odojewski sprzeciwił się tej współpracy wojskowej. Zaraz potem i pod wpływem Bethune'a, zręcznie wykorzystującego lęk Marysieńki przed nową rozłąką z Janem III, senat na posiedzeniu z 16 kwietnia zezwolił na ratyfikację pokoju z Żurawna w formie, jaką dał sobie narzucić Gntński. Posłowi rozkazano, aby złożył podpis pod tym układem. I w ten sposób sporządzony został traktat, który w świetle towarzyszących okoliczności jego powstania i wobec nadziei na przyszłe złagodzenie klauzul uznany został za sukces Sobieskiego, jednakże w aktualnej formie był dla Polski upokorzeniem i nieznośnym ciężarem. Wyglądał jak przywilej udzielony łaskawie Polsce przez padyszacha. Wszechmocny Niepokonany Książę Wiernych przystał na prośby Gnińskiego, że Pawołocz i Biała Cerkiew, dwie ukraińskie twierdze, z należącym do nich obszarem pozostaną przy Polsce; dalej, że na prośbę chana Tatarów nie będzie już w przyszłości płacony Polsce trybut w wysokości 22000 dukatów. Poza tym pokój z Buczacza utrzymuje nadal swoją ważność, a więc Podole jest podległe Turkom, a przeważna część Ukrainy, przekazana Kozakom, znajduje się pod zwierzchnictwem Porty. Te drobne ustępstwa, które przede wszystkim wyszły na korzyść polskim przygranicznym terenom, powetowali sobie Turcy z nawiązką, zobowiązując Rzeczpospolitą do regularnego "obdarowywania" chana tatarskiego, aby nie podejmował żadnych najazdów, i również do nieudzielania żadnej pomocy chrześcijańskim książętom, prowadzącym wojnę z Osmanami.

Nikt w Polsce nie wierzył, że pokój ten utrzyma się dłużej niż do momentu, w którym zaistnieje szansa na przerwanie go z sukcesem. Naród, który był tak dbały o swój honor i cześć, musiał się starać ze wszech sił o to, by zrzucić narzucone mu ograniczenia suwerenności i ponownie sforsować granice, które mu w czasie jego dającej się wytłumaczyć wewnątrzpolitycznym zamieszaniem militarnej słabości nakreślono. Podobnie naturalną koniecznością okazało się to, że Polska będzie szukała przyjaźni i sojuszu z wrogami sprawcy tego układu pokojowego nie do utrzymania, zagrożonymi przez tę samą potęgę, która Rzeczpospolitą skazała na hańbę i cierpienie. Wreszcie Polskę dzieliła teraz przepaść od sprzymierzeńca Porty, któremu nie udało się spowodować, by Turcy lepiej zrozumieli istotę porozumienia pokojowego.

 powrót

Przymierze z Francją czy z Austrią?

Francusko-polskie porozumienie manifestowało się w trzech kierunkach: na wschodzie jako polityka przyjaznego sąsiedzkiego kompromisu z państwem osmańskim, na zachodzie jako planowany w sojuszu ze Szwedami atak na brandenburskie Prusy Książęce i na południu jako wsparcie dla węgierskich powstańców. Wraz z niepowodzeniem misji dyplomatycznej Gnińskiego i odprężeniem między Warszawą i Berlinem nieunikniony był również kres marzeń Bethune'a o królewskiej godności na Węgrzech. Buonvisi w Wiedniu, a Martelli w Polsce triumfowali nad siłami, które sprzeciwiały się naturalnej wspólnocie interesów między Leopoldom I i Sobieskim. Mądry nuncjusz na cesarskim dworze przekonał Habsburga o korzyści umiarkowanego postępowania na Węgrzech i o zaletach sojuszu z Polską i Moskwą skierowanego przeciwko Porcie. Jan III natomiast zdawał sobie doskonale z tego sprawę, że skoro zawiodła dyplomatyczna sztuka gabinetu wersalskiego, skutki pokoju z Buczacza i Zurawna mogłoby tylko wymazać braterstwo broni z Austrią. Tak więc spełnił najpierw, wstępny warunek nawiązania szczerych stosunków z dworem cesarskim - zabronił najsurowiej dalszych werbunków wojskowych dla Węgier.

Teraz król mógł już 25 kwietnia napisać do Gnińskiego, że meldunki o sporze Sobieskiego z Leopoldom I i Fryderykiem Wilhelmem są kłamliwe; przeciwnie, polski władca jest z dworem wiedeńskim na najlepszej stopie. Bethune, który przyglądał się temu nagłemu rozwojowi wydarzeń z bliska, nie był w stanie go zahamować. Niezadowolenie ze skutków jego porad dotyczących Turcji, Prus i Węgier było równie wielkie, jak chęć króla złączenia się ze Stolicą Apostolską i z Austrią w celu, dla którego zrealizowania również i sojusz z Francją był tylko jednym ze środków: zbudowania silnej monarchii rodu Sobieskich. Jan III i Maria Kazimiera przestali nagle traktować z przymrużeniem oka osoby prowadzące werbunki dla węgierskich powstańców. Jedna z ofiar tego politycznego zwrotu została przyłapana przez ludzi Dymitra Wiśniowieckiego i skazana na śmierć, jak zalecało prawo hetmańskie, czego jeszcze przed paroma miesiącami nikt by się nie spodziewał.

Z tego właśnie powodu Francuzi się obrazili. Rozpoczęła się era wzajemnych uszczypliwości, w czasie której wkrótce już nie można było ustalić, kto pierwszy zaczął. Marysieńka słała listy do Ludwika XIV i do jego brata, Monsieur, aby któryś z nich wziął stronę jej ojca w jego niezliczonych procesach i aferach honorowych. Francuski dwór był zbulwersowany bezczelnością tej pani z domu d'Arquien. Małżonce Sobieskiego, która, jak zresztą każdemu, poskarżyła się również Forbinowi na swego szwagra Bethune'a, ów biskup dyplomata odpowiedział wcale nie z taką skruchą, jakiej Marysieńka oczekiwała: Ludwika XIV i świat cały oburza bardzo list Jej Wysokości do Monsieur, Jej interwencja u Wiśniowieckiego, żeby pozbawiono głowy francuskiego werbownika, oraz inne niegrzeczności, które popełniła z gniewu, dlatego że ojcu Jej odmówiono tytułu książęcego. Maria Kazimiera powinna przede wszystkim naprawić to, co się stało. Bethune, którego wysłano do Polski jako ambasadora tylko po to, by Jej zrobić przyjemność, nie jest niczemu winny, i Ludwik XIV nie zrezygnuje z jego usług.

Podczas gdy nieporozumienia między dworami w Wersalu i w Warszawie stawały się coraz ostrzejsze, nad polsko-austriackim zbliżeniem zaświeciło cieplejsze słońce. Jako widomy znak tego na tajnej konferencji ministrów Leopolda I postanowiono spełnić prośbę Sobieskich: zgodzić się na trzymanie do chrztu niedawno narodzonego dziecka tej królewskiej pary. "Niechaj będzie to początkiem i fundamentem lepszego zrozumienia się." 15 sierpnia 1678 roku księcia Aleksandra - który przyszedł na świat w Gdańsku, gdy jego ojciec szykował się do wojny z Brandenburgią - trzymali nad chrzcielnicą przedstawiciele papieża i cesarzowej. Pewien zabawny epizod został wówczas pieczołowicie zanotowany przez kilku przesądnych obserwatorów: otóż nucjusz Martelli, spacerując po parku w Jaworowie, wpadł do stawu i z trudnością udało się szanownego prałata stamtąd wyłowić. Czyżby również owe "liczne dobre porozumienia" miały pójść na dno? Gdy obserwowało się opozycjonistów, którzy w Wiedniu, w Berlinie i w Polsce starali się przeszkodzić zgodzie między Janem III i jego zachodnimi sąsiadami, wówczas przyszłość nie rysowała się w nazbyt różowych barwach. Leopold I i Sobieski szczerze pragnęli pojednania. U Wielkiego Elektora natomiast znowu doszła do głosu stara hohenzollernowska zasada: nie wolno dopuścić do tego, by polski władca stał się zbyt silny, należy przeszkodzić stworzeniu absolutum dominium w miejsce republiki. Również na wiedeńskim dworze nie brakło Sobieskiemu wrogów, którzy nie mieli ochoty złożyć broni; były to trzy Eleonory. Te cesarskie damy i Hohenzollern związali się z wewnętrznymi przeciwnikami króla Polski, aby nie mógł zakosztować owoców zwrotu swej polityki.

Wrogość macochy, siostry przyrodniej i małżonki Leopolda I miała z początku przyczyny osobiste. Do starego gniewu na szczęśliwego rywala Lotaryńczyka i palatyna dołączyła się teraz, gdy wdowa po Michale I w lutym 1678 roku poślubiła swego podziwianego, ubóstwianego Karola, paląca ambicja, by mimo wszystko przyozdobić czoło ukochanego koroną Jagiellonów. Pacowie, których plany detronizacyjne dotyczące Sobieskiego spotkały się z tak małym zrozumieniem u Hoverbecka, trafili wraz z innymi wielkopolskimi i ruskimi magnatami, należącymi do opozycji, do obozu cesarzowej-wdowy i księżnej lotaryńskiej. Z poufnej korespondencji macochy Leopolda I do czułe kochanego przez nią zięcia można zorientować się w przebiegu intrygi skierowanej przeciwko Sobieskim. Można w niej też dostrzec ową zajadłą nienawiść, która właściwie obejmowała wszystko, co w jakimś tylko stopniu dotyczyło polskiego dworu. Na przykład: księżna Radziwiłłowa, siostra Jana III, będąc przejazdem w Wiedniu, składa najjaśniejszym państwu, wraz ze swym małżonkiem, obowiązkową wizytę. Cóż to za wyniosła i zarozumiała kobieta - pisze starsza Eleonora - już od pierwszego wejrzenia ogarnia cię gniew; naturalnie, bo czegóż dobrego można się stamtąd spodziewać. A ten Radziwiłł, jakże nieznośnie pretensjonalny gość! W dwa tygodnie później, 3 lipca, ta sama jaśnie oświecona korespondentka opowiada, że ostrożnie podsunęła cesarzowi propozycję niezadowolonych Polaków - możemy się domyślić, jaką, jednakże ta przezorna kobieta nawet w swojej korespondencji rodzinnej nie będzie się nigdy wyrażała zanadto szczerze i wyraźnie - Leopold I miał podobno odrzec z tym swoim zwykłym w takich razach zakłopotaniem, że to doprawdy piękny pomysł, że właściwie nie ma nic przeciwko temu, ale obecnie jest zadowolony ze swych nie najgorszych stosunków z Polską i nie da sobie odebrać spokoju.

Fryderyk Wilhelm, kurfirst, obdarzony był mniej zrównoważonym temperamentem. Chociaż unikał każdego, jawnie wrogiego działania wymierzonego przeciwko Sobieskiemu i czynił mu za pośrednictwem Hoverbecka najbardziej nęcące propozycje, mimo to zdecydowanie zajął przeciwne stanowisko. Pod koniec maja 1678 roku pełnomocnicy Hohenzollerna zawarli z Pacami umowę, która zobowiązywała tych ostatnich do zbrojnej interwencji, w wypadku przemarszu Szwedów, którego wciąż się obawiano, a nawet brała pod uwagę atak na szwedzkie Inflanty. Delegat litewskiego hetmana, Marcjan Ogiński, przywiózł potem z Królewca bliższe wskazówki i pieniądze, aby pozyskać wojska Wielkiego Księstwa dla polityki Paców. Tak się dobrze złożyło, że ta skłonna do awanturnictwa armia, jak zwykle, nie została zaspokojona w swoich żądaniach żołdowych i że nie została rozpuszczona z powodu mądrej przezorności swego naczelnego dowódcy. Tak więc litewscy weterani nie przeszli do francuskich werbowników, za to byli teraz gotowi za brandenburskie talary bronić polskiej niepodległości przed szwedzkimi atakami.

Delegacja litewskiej armii pojawiła się u Jana III pod koniec lipca w Jaworowie i groziła konfederacją. Sobieski wahał się: po kim może się spodziewać większego zła, po swoich starych wypróbowanych wrogach Pacach czy po ich przeciwnikach Sapiehach. Za pierwszymi, którzy odpowiadali obecnemu kierunkowi polityki zagranicznej, opowiadała się Maria Kazimiera, za drugimi, frankofilami, przemawiało ich powiązanie z rodem Radziwiłłów. Niechęć monarchy do zadawania się z Pacem była silniejsza niż obiektywne rzeczowe powody. Tak więc Jan III zawarł umowę z Sapiehami; ten układ z litewskimi przeciwnikami Austrii i Brandenburgii był drażniącą luką w systemie, poza tym jasno i wyraźnie nakreślonym; nie była to jedyna luka, albowiem chwiejna polityka, którą prowadził Sobieski i inne europejskie rządy, stała się prawie koniecznością z powodu zbliżającego się pokoju między Habsburgiem i Burbonem. Sojusze rozluźniały się, wrogości zacierały, wszystko stało się płynne i dla każdego było korzystne, by nie wyrywać się w żadnym kierunku i nie wiązać z nikim ostatecznie.

10 sierpnia 1678 roku Niderlandy i Francja zawarły pokój w Nimwegen. Cesarz przygotowywał się, aby uczynić podobnie; Fryderyk Wilhelm szykował się do nowej zmiany frontu, do powrotu pod znaki Ludwika XIV. W tym zamieszaniu król polski musiał bardzo uważać, żeby nie zaszkodzić dopiero co rozpoczętemu nawiązywaniu kontaktów z niemieckimi sąsiadami i nie po paść przy tym w konflikt z Francją. To, co planowała kierująca się bardziej uczuciem niż rozsądkiem Maria Kazimiera w swoim" gniewie z powodu nieudzielania d'Arquienom tytułu książęcego, z powodu Bethune'a i z powodu finansowych perturbacji, pchało prosto do zerwania z Wersalem jeszcze przed pozyskaniem niezawodnego nowego sprzymierzeńca. Albowiem przyjaźń z Austrią jeszcze nie przeszła próby, bazowała na śmiałych nadziejach Marii Kazimiery na małżeństwo Jakuba Sobieskiego z arcyksiężniczką, zasugerowane zresztą przez Zierowskiego, i na rezygnacji Polski z dalszego wspierania węgierskich rebeliantów. Przywrócone dobre stosunki z Brandenburgią miały również za podstawę obietnice na korzyść pierworodnego syna i tymczasowe poniechanie polskich zamiarów dotyczących Prus Książęcych. Mimo to ani Wiedeń, ani Berlin nie myślały rezygnować ze swych polskich przyjaciół, którymi byli dawni i najczęściej nieprzejednani przeciwnicy Sobieskich. Jeśli Jan III poróżniłby się z Francją, wtedy miałby jeszcze przeciw sobie klientów tego mocarstwa, a przy takim, nawet jeśli jeszcze tak krótkotrwałym, zawieszeniu broni między Leopoldom I i Ludwikiem XIV mogłoby się zdarzyć, że Sobiescy, pozostawieni przez wszystkich na lodzie, zaatakowani przez dotychczasowych sojuszników i nie bronieni. przez oczekiwanych przyszłych sprzymierzeńców, zapłaciliby koszty owego zaprowadzenia pokoju w całym chrześcijańskim świecie, którego z głębi serca tak pragnął król Polski.

Rozważania te wyjaśniają i usprawiedliwiają pozornie nielogiczną działalność Jana III, który to wciąż jeszcze mamił Szwedów spóźnionymi nadziejami na militarną interwencję, to słał do Fryderyka Wilhelma zapewnienia swojej sympatii, to łagodził w Wiedniu, to znowu w Wersalu. Przy czym sam w kraju oparł się na Sapiehach i Hieronimie Lubomirskim, na których głowy cesarz i Brandenburczyk zsyłali wszystkie klątwy niebios, podczas gdy znowu Marysieńka i Dymitr Wiśniowiecki budziła gniew Ludwika XIV, ponieważ blokowali dostawy dla powstańców węgierskich.

Zręczne lawirowanie Sobieskiego pomogło przede wszystkim utrzymać francuskie poparcie i konieczną dla tego poparcia przychylność Bethune'a podczas krytycznych obrad sejmu w zimie 1678/1679 roku, mimo że Marysieńka zerwała wszelkie więzy ze swoim szwagrem i w Wersalu była uważana za niewdzięczną, niewierną sojuszniczkę. Królowi Polski poszczęściło się również w powstrzymaniu cesarza i Wielkiego Elektora od efektywnej pomocy dla potężnego spisku magnatów, mimo że w Berlinie Pałaców i wielkopolskich oligarchów, zaś w Wiedniu biskupa Trzebickiego, Czarnieckiego, Wiśniowieckich i Stanisława Lubomirskiego, marszałka wielkiego koronnego, bardzo sobie ceniono. Jest to dowodem wielkiej sztuki dyplomatycznej, że ten, z powodu swojej bezczynności lub chwiejności lekceważąco traktowany przez krótkowzrocznie oceniających go współczesnych, monarcha wiedział, jak przezwyciężyć skutki fałszywej, z jednej skrajności w drugą popadającej polityki swojej żony i fatalne skutki porad Bethune'a.

Tak więc Fryderyk Wilhelm przez używanego zwykle w takich wypadkach rzetelnego pośrednika między Berlinem i Warszawą, posiadającego dobra ziemskie w obu państwach, dysydenta Niemirycza, nie tylko zapewnił Jana III o przyjaznych sąsiedzkich stosunkach, lecz również przestrzegł go przed spiskującymi, którzy zwrócili się o pomoc do Brandenburgii. Kurfirst polecił przekazać Sobieskiemu, że Pacowie są Hohenzollernom niezbędni tylko jako narzędzie obrony przed wciąż jeszcze grożącą szwedzką inwazją, jednakże nie przeszkadza to Fryderykowi Wilhelmowi ani w aprobowaniu Jakuba, królewskiego syna, jako następcy na polski tron, ani w neutralnej postawie wobec niezadowolonych z rządów teraźniejszego władcy. Również pomysł, który dziesięć lat później stał się zarodkiem drugiego kryzysu w polsko-brandenburskich stosunkach, był wówczas za pośrednictwem Niemirycza rozważany u kurfista i u Sobieskiego: była to sprawa małżeństwa pierworodnego syna Jana III z Ludwiką Karoliną Radziwiłłówną, nad którą najwyższą kuratelę sprawował Fryderyk Wilhelm. W końcu, aby dopełnić miary dobrego, zgodzono się w Berlinie na uwolnienie pastora Straucha. W tak wielu wyznaniach i dowodach miłości mogła być odrobina kłamstwa - na przykład dziedziczka Radziwiłłów była już wówczas "zarezerwowana" na narzeczoną dla jednego z młodych margrabiów brandenburskich - jest jednak faktem niezaprzeczonym, że kurfirst przekładał polskiego króla nad jego wrogów, którzy byli przyjaciółmi Hohenzollernów. Hoyerbeck musiał odradzić delegatowi spisku magnackiego biskupowi Opalińskiemu podróż do Berlina, Pacowie nie znajdowali posłuchu, gdy mówili o innych sprawach niż o walce ze Szwedami. A to właśnie sprawił Sobieski swoją mądrą dyplomacją.

Nie inaczej układały się sprawy w stosunkach z Austrią. Wprawdzie działało tam prawo inercji, które Leopold I podniósł do rangi nadrzędnej zasady swojego rządzenia. Nie wolno, oczywiście, zapominać o trzech bardzo obrotnych Parkach, które by tak chętnie przecięły nić losu Jana III, ani o okoliczności, że wicekanclerz Konigsegg był związany z tą lotaryńską intrygą. To właśnie zimna krew Sobieskiego, jego pełne umiaru i przy tym energiczne działanie przeciwko wspomaganiu węgierskich powstańców wytrąciły broń z ręki jego wiedeńskim wrogom. Król był dokładnie poinformowany o tych powiązaniach i o intrydze; kiedy jednak Bethune tę i tak paskudną sprawę niepotrzebnie rozdmuchał, malując w jaskrawych kolorach spodziewaną austriacką inwazję, kiedy ambasador wysłał francuskich oficerów do Częstochowy, aby przygotować tę twierdzę do obrony przed atakiem księcia lotaryńskiego, kiedy wreszcie na dodatek żołnierze francuskiego stronnictwa dali się bardzo we znaki biskupowi krakowskiemu podczas jego wizyty w owym od dawna sławnym miejscu pielgrzymek, wówczas władca nie bał się wystąpić przeciw tym nadgorliwym obrońcom. Znał Polaków wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nic bardziej nie zachęca politycznych wrogów do działania niż okazywana bojaźń przed ich knowaniami, że najlepszym środkiem, by wprawić ich w niepewność, jest Spoglądanie na ich zamysły z pewną dozą obojętności.

Jak słusznie Sobieski uczynił nie dając się nakłonić zdenerwowanemu Bethune'owi do podjęcia gwałtownych kroków, okazało się na sejmie w Grodnie (14 grudnia 1678 r. do 4 kwietnia 1679 r.). Ambasador oczekiwał tej sesji ze zrozumiałym niezadowoleniem. Miał za mało pieniędzy do dyspozycji, aby zdobyć sobie serca panów delegatów dzięki stale szeroko otwartej sakiewce; był sparaliżowany w działaniu przez nieszczęsną kłótnię z Marią Kazimierą, a musiał być przy tym przygotowany na gwałtowne spory z powodu obu przedsięwzięć, do których namówił Itrola: do ataku na Prusy Książęce i do węgierskiej awantury. Ten nerwowy markiz, który przez napływające do niego z Wersalu instrukcje i bijący z nich w oczy brak zainteresowania Ludwika XIV dla zbędnej obecnie dywersji na wschodzie stracił zupełnie ze strachu głowę, przewidywał w duchu jako rezultat parlamentarnych utarczek słownych regularną wojnę domową. Jan III bowiem, mimo wszystko uczciwy przyjaciel Francji i Bethune'a, będzie zmuszony bronić się przeciw kontrkandydatowi, habsburskiemu podopiecznemu Karolowi z Lotaryngii.

Sprawy nigdy nie posunęłyby się tak daleko, gdyby Jan III od początku dawał mniej posłuchu ambasadorowi, zły koniec nie nastąpił tylko dlatego, że polski monarcha zdał się obecnie wyłącznie na własny osąd sytuacji. Gdyby nie nastąpił zdecydowany zwrot w polityce, który pozwalał się spodziewać, że ten wspomagający węgierskich powstańców król stanie się przyszłym sprzymierzeńcem w wojnie z Turkami, wówczas wzięłyby w Wiedniu górę wrogie Sobieskiemu siły i przeczucia Bethune'a stałyby się faktem. Mianowicie na krótko przed rozpoczęciem sejmu zmienił Wielki Elektor swoje dotychczas przyjazne nastawienie wobec polskiego dworu. Fryderyk Wilhelm był bowiem gotów za cenę anty szwedzkie j, nawet tylko neutralnej polityki króla "spełnić wszystkie żądania, ażeby najstarszy syn Jego Królewskiej Mości otrzymał koronę"; niemal nie zerwał z Pacami, którym ze względu na Jana III okazał ostentacyjnie obojętność. Ci litewscy oligarchowie rozgniewali się z tego powodu bardzo, pozwolili Szwedom bez przeszkód przejść przez polski teren i wtargnąć do Prus Książęcych, a jednocześnie starali się również oświecić kurfirsta co do prawdziwych zamiarów Sobieskiego. W końcu listopada 1678 roku przechwycili list szwedzkiego generała Horna do Jana III, w którym powoływał się na określoną w umowie pomoc wojskową z Polski. Pismo to przesłane do Berlina otworzyło oczy Hohenzollernowi na "sincerite" (szczerość) tego człowieka, któremu na podstawie raportów Hoverbecka i Niemirycza zaufał. Stało się to, akurat jeszcze we właściwym czasie, by na sejmie wystawić w pełnej gotowości przeciwko dworowi całą armię klientów Brandenburgii. "Przychylnie usposobionych" powiadomiło się o tym, co planuje ich monarcha przeciwko wolności Rzeczypospolitej: dziedziczną monarchię z absolutną władzą króla.

Na nowo rozżarzona wrogość Fryderyka Wilhelma była szczególnie niebezpieczna z dwóch powodów. Ponieważ kurfist, przeszedłszy obecnie znowu do obozu francuskiego, potrafił sobie również zapewnić posłuch u ludzi będących blisko wersalskiego gabinetu, następnie, ponieważ olśniewające zwycięstwa brandenburskiej armii nad Szwedami nadzwyczaj podniosły prestiż Hohenzollernów. W styczniu 1679 roku Fryderyk Wilhelm uderzył z impetem na oddziały Horna, które zagnieździły się w Prusach Książęcych, i pobił je na głowę pod Kuckernese. Tym samym równocześnie zamknął usta polskim wrogom Brandenburgii; nikt nie myślał już więcej o tym, jak miało to miejsce jeszcze na początku sejmu, by żądać wspólnej okupacji Prus Książęcych, skoro szwedzki partner tak haniebnie ustąpił pola. Pacowie i Ogińscy tryumfowali. Powstanie przeciwko Sobieskiemu wybuchłoby z pewnością, gdyby cesarz, silnie w tej decyzji umocniony przez Stolicę Apostolską, nie powstrzymał swoich polskich stronników.

Leopold I odpowiadał na dowody przyjaznych zamiarów, których mu Jan III nie szczędził, odmową na wszystkie wymierzone przeciw temu królowi propozycje. Doświadczył tego brandenburski agent Chwałkowski, który w Wiedniu judził przeciwko Sobieskiemu. To również zamanifestowało się na sejmie w Grodnie. Z chwilą kiedy dopływ posiłków z północnego Podkarpacia dla węgierskich powstańców został zablokowany, wykreślono z pamięci na dworze cesarskim tę niedawną złą przeszłość. Zwolennicy Lotaryńczyka musieli złagodzić ton i pogodzić się z Sobieskim. W ten sposób najbardziej drażliwe sprawy sejmowych obrad straciły swoją ostrość.

Hetman Dymitr Wiśniowiecki, jeden z przywódców spisku, żądał od sejmu wydania surowego wyroku na Hieronima Lubomirskiego, organizatora pomocy wojskowej dla Węgrów, i na wszystkich jego pomocników. Oburzenie marszałka wielkiego koronnego na tego chętnego do walki rycerza zakonu maltańskiego spowodowane było nie tylko niezgodną z prawem międzynarodowym pomocą dla burzących się Madziarów, lecz również i przede wszystkim sporem, w który uwikłani byli obaj magnaci: o Ordynację Ostrogskich. Atoli właśnie ów splot politycznych i gospodarczych spraw ułatwił kompromis. Hetman zgodził się na amnestię dla towarzyszy węgierskich powstańców, a Lubomirski pozostawił w posiadaniu księcia Wiśniowieckiego aż do następnych decyzji ogromne dobra Ostrogskich.

Również burza, która nadciągała od strony zachmurzonego nieba nad Bałtykiem, przeszła nie wyrządziwszy szkód. Ani brandenburskie żądanie, by zobowiązać prawnie Polskę do obrony Prus Książęcych przed Szwedami, ani starania francuskiego stronnictwa, by jednak jeszcze nakłonić Rzeczpospolitą do interwencji w, szwedzko-brandenburskiej wojnie, nie zostały ukoronowane sukcesem. Król zatroszczył się o to, żeby hrabiemu Hornowi zwrócono zabraną podczas wycofywania się broń, skarcił postępowanie litewskiej armii, która napadła na uciekających Szwedów, jednakże nie wdał się w żadne niepotrzebne spory z kurfirstem, który niezbyt dokładnie wnikał w polską neutralność.

Ten sam monarcha, którego detronizacje przez powszechne powstanie przewidywał w przededniu sejmu Bethune, znajdował się, dzięki swej niedoścignionej zręczności politycznej, pod koniec sejmowych obrad w sytuacji, którą Hoverbeck, z pewnością nie nazbyt przychylny Sobieskiemu świadek, opisuje w następujący sposób: "Od kilku stuleci nie uszło żadnemu królowi tak wiele jak teraźniejszemu. Przeforsował wszystko, czego pragnął i co może posłużyć do ustabilizowania prawie nieograniczonej władzy i autorytetu." Rozumiemy dobrze owo "pełne rozkoszowanie się" Sobieskiego i możemy ocenić po jednogłośnym niezadowoleniu wszystkich zagranicznych dyplomatów, jak znakomicie zabezpieczył interesy swoje i swojego królestwa.

Sejm w Grodnie, pominąwszy już jego odporność na wszystkie obce intrygi i polubowne załatwienie wschodnioprusko-brandenbursko-szwedzkiej, jak i węgierskiej kwestii, może się pochlubić doskonałą ustawodawczą pracą. Zaakceptował 259 uchwał między innymi ważne ustawy dotyczące finansów państwa, opłacania wojska i oczywiście również jedną dotyczącą dóbr wdowich królowej; fakt ten został zaraz wykorzystany w propagandzie przeciwko Marii Kazimierze. Najważniejsza jednak była zasadnicza decyzja, by potwierdzić piętnastoletnie zawieszenie broni z Moskwą i wznowić wojnę z Porta u boku cara. Tym samym równocześnie utorowano drogę do sojuszu z papieżem i z cesarzem, którzy przygotowywali się również do wspólnej obrony przed niewiernymi.

Na początku 1679 roku Sobieski, kiedy przerwał karpacką awanturę i gdy jego plany bałtyckie spełzły na niczym z powodu niesprzyjających okoliczności, znalazł się znowu na drodze do celu, którego nigdy nie tracił z pola widzenia. Węgierska i pruska dywersja powstrzymały króla i opóźniły jego karierę światową. Obecnie jednak droga zdawała się wolna. Ten "drogi pokój" zapanował wreszcie pośród chrześcijańskich mocarstw, gdy 5 lutego 1679 roku również cesarz i Francja podali sobie ręce i gdy Wojenne działania między Szwedami i Brandenburgią nie mogły Już trwać długo. Teraz nadszedł dla Jana III odpowiedni moment, żeby przekształcić marzenie w rzeczywistość i uwieńczyć dzieło swojego życia najchwalebniejszym czynem. Przystąpił więc do starań, by jako naczelny dowódca pojednanego chrześcijaństwa przepędzić Turków z Europy.

Jakże małe wydają się wobec tego zadania partyjne podziały, nawet po paktach z Nimwegen trwające wciąż zawiści dworu cesarskiego i Francuzów! Sobieski pokazał w Grodnie, jak on rozumie wielką europejską, chrześcijańską politykę. Nawet jeśli zbliżył się do Austrii, jeżeli pogodził się z Brandenburgią i potwierdził wymagający tylu wyrzeczeń rozejm z Rosją, to w żadnym razie nie myślał przy tym, by pokazać plecy Francji, swej drugiej, ukochanej duszą i sercem ojczyźnie. Przyświecała mu ta sama idea, której w Rzymie hołdował wielki papież Innocenty XI: że kres waśniom między narodami Zachodu może położyć wspólny czyn. Bolesne i przygnębiające były dla Sobieskiego upomnienia, które mu przysłał w ostatnich miesiącach namiestnik Chrystusa. Król czuł z dnia na dzień coraz większy ciężar pokoju z Żurawna. Niepotrzebne były tu ani perswazje, których niezmordowany nuncjusz Martelli nie szczędził, ani listy Ojca Świętego do władcy i do polskich wielmożów, aby rozniecić nastrój wyprawy krzyżowej, który od najwcześniejszego dzieciństwa towarzyszył Janowi III i król ten nigdy się całkiem od niego nie uwolnił. Również większość innych uczestników sejmu - senatorzy, ministrowie i delegaci - nie była tak bardzo zaślepiona frakcyjnymi sporami, żeby owo płomienne wezwanie do walki z islamem pozostawiło ich obojętnymi. Król polski otrzymał swoje prawie nieograniczone pełnomocnictwa przede wszystkim dlatego, żeby przygotować tę wojnę od strony militarnej i dyplomatycznej; rozejm z Moskwą został zaaprobowany tylko ze względu na tureckie zagrożenie.

28 lutego 1679 roku Sobieski podał do wiadomości przez kanclerza, swojego szwagra Wielopolskiego, dyrektywy tego potężnego przedsięwzięcia, którego realizacja i naczelne dowództwo należały odtąd do króla. Wojna z muzułmanami jest nieunikniona. Gniński, poseł, który bezpośrednio przed rozpoczęciem sejmu wyczerpany i upokorzony wrócił do kraju z Istambułu, straciwszy ponad stu ludzi ze swego orszaku z powodu zarazy i na skutek złego traktowania przez Turków, Gniński, który na próżne; błagał o warunki możliwego do dotrzymania rozejmu, jest świadkiem tego, że pycha Osmanów może być tylko złamana przemocą. "Mam-li mówić, czy tylko płakać?" - tak zaczął swoje sprawozdanie przed sejmem polski poseł w sprawach pokojowych z Turcją. Sobieski dał na to odpowiedź: nie mówić, nie płakać, lecz działać i walczyć.

Zaproponował, aby wysłać posłów do papieża, cesarza, do Francji i do cara. Do Leopolda I, albowiem "łączy nas ta sama wiara, ten sam interes, ten sam wrogi nam sąsiad, który równie blisko jest Wiednia, jak naszego Lwowa. Pora i okoliczności są korzystne, od stuleci czekaliśmy na możliwość współdziałania z Moskwą." Od cesarza nie wymaga się ani pieniędzy, ani ludzi, tylko dywersji na Węgrzech. Francję należy poprosić o oficerów artylerii, Hiszpanię o współdziałanie jej floty. Polska musi sama, dzięki podatkom i darowiznom, zgromadzić środki na tę wojnę i zakończyć zbrojenia do lata. Do tego czasu wrócą z pewnością wysłańcy. Wówczas należy prowadzić wojnę ofensywnie i wedrzeć się do kraju wroga.

Niejednokrotnie już podkreślaliśmy, że przekonanie o świętym posłannictwie przepędzenia islamu z Europy odziedziczył Sobieski po przodkach, że wzrastał z myślą o krucjacie i że wiara w Polskę jako przedmurze chrześcijaństwa, a więc jako pionierskiego obrońcę, tworzyła jedną z podstaw światopoglądu króla. Tak więc ten konkretny plan chrześcijańskiej ligi pod dowództwem Sobieskiego, to urzeczywistnienie idei, ucieleśnienie pewnego marzenia, miał realne, bezpośrednie powody. Ten przyczynowy związek, na który jeszcze nigdy nie zwrócono uwagi, należy wreszcie odsłonić.

Najpierw trzeba należycie ocenić wydarzenie, jakim był wybór Innocentego XI na papieża. Miało ono decydujące znaczenie dla ożywienia ducha wypraw krzyżowych świata Zachodu. Ten pontifex wyczuł ze wspaniałą jednostronnością geniusza całą siłę tkwiącą w zregenerowanym imperium Koprulu, którą mogła pokonać tylko przeciwsiła działająca z równym lub jeszcze większym rozmachem. Innocenty XI, nie biorąc pod uwagę politycznych sztuczek mężów stanu Grand Siecle'u, dostrzegł ponadczasowe posłannictwo narodów Zachodu i rozsadził wydające się dzieciom tego świata nie do naruszenia granice, które zazwyczaj wytyczała polityka jakiegoś "ale" i "gdyby", granice konwenansu, koniunktury i koniektury. Wspierany przez swych niezrównanych pomocników-dyplomatów - Cibo, Buonyisi i Martelli wytrzymują porównanie z największymi dyplomatami spraw zagranicznych wszystkich czasów - papież wysłał swój fluid przez skamieniałą, okrutną, zatwardziałą Europę i fluid ów przeniknął przez peruki do chłonnych umysłów, przez pancerze do wrażliwych serc tych niewielu powołanych. U Innocentego XI znajdowały posłuch owe odosobnione głosy, które w innym przypadku przebrzmiałyby niepostrzeżenie, głosy wołających na puszczy egoizmu.

Jeden z tych głosów, które musimy pieczołowicie odnotować, należał do kapucyna fra Paola da Lagni, drugi do daleko sławniejszego Marka d'Aviano. Fra Paolo przebywał w Konstantynopolu i z bliska mógł przejrzeć słabości osmańskiego imperium. W memorandum do Ojca Świętego naszkicował ten mądry mnich pewien plan, który przewidywał współdziałanie papieża, cesarza, cara, Francji i Hiszpani, Polski oraz Wenecji, a nawet szacha Persji. Kapucyn ów znalazł we francuskim ambasadorze Nointelu uważnego słuchacza i godnego zaufania informatora. Fra Paolo przesłał swój plan w 1678 roku do Rzymu, miał on jednak również - i tym samym wracamy znów do Sobieskiego - okazję albo bezpośrednio, lub przez Nointela wymienić poglądy z polskim posłem podczas pobytu Gnińskiego w Turcji. Godne pamięci pismo Gnińskiego do kardynała Vidoniego z 20 lipca 1678 roku tkwi w kręgu przemyśleń fra Paola. Również następca tego ambasadora, polski rezydent Proski, dostał się pod wpływ owego męża stanu w habicie. W raportach i listach Proskiego do króla i polskich ministrów wciąż powtarza się ostrzeżenie fra Paola i zebrane przez niego dowody osmańskich słabości, jak też rada stworzenia wielkiej ligi wszystkich wrogich sułtanowi chrześcijańskich mocarstw, do której mogliby się przyłączyć egzotyczni przeciwnicy Porty.

Jan III chętnie i szybko dał się przekonać do tego planu. Wyróżnił trzy najistotniejsze sprawy konieczne do zrealizowania tego szlachetnego projektu: usunięcie albo odroczenie sprzeczności między Polską i Moskwą, sojusz Polski z cesarzem i wreszcie współpraca cesarza i Francji. Dwie pierwsze kwestie, na ile to od niego zależało, Sobieski uregulował. Jeżeli chodzi o trzecią, mógł on tylko spróbować pośrednictwa między tymi dwoma największymi mocarstwami, odgrywającymi główną rolę w polityce europejskiej. I ta próba została podjęta - zaraz postaramy się ją opisać - lecz za pomocą nieodpowiednich środków. Oczywiście nawet najznakomitsze środki okazałyby się niewystarczające, aby nakłonić domy Habsburgów i Burbonów do współpracy w tej samej sprawie.

Innocenty XI lekceważył ten mający zasadniczy wpływ na wszystko spór obu wiodących mocarstw świata z dziecięcą naiwnością zwiastuna wzniosłych posłannictw, który, prześcigając swoją epokę i sprawy swego kręgu ziemi, wybiega myślą na nowe kontynenty. Ach, jakże ciasna jest ta europejska przestrzeń wymiany myśli! Papież pisze do Ludwika XIV i do Pomponne'a, do Leopolda I i do cesarskich ministrów, że Austria i Francja sobie nawzajem mogą, a obie powinny Polsce pomóc w pokonaniu odwiecznego wroga. W Wiedniu to napomnienie zostało lepiej przyjęte, ponieważ wymagał tego polityczny interes, a także - po cóż temu zaprzeczać - ponieważ w Habsburgu chrześcijańskie uczucia były co najmniej tak silne, jak jego poczucie odpowiedzialności za państwo. W Wersalu owo kazanie najwyższego duszpasterza zbyto gładką uprzejmością, nie wywołało bowiem ono najmniejszego wrażenia.

Czyż więc prośby Sobieskiego mogły mieć inny skutek? Podskarbi wielki Morsztyn udał się pod koniec maja 1679 roku jako poseł nadzwyczajny do Paryża. Jak nikt inny, był on mile widziany przez Ludwika XIV. Właśnie niedawno uzyskał naturalizację we Francji, kupił tam duże posiadłości ziemskie i tym samym okazał wolę uzależnienia się od monarchy, który obecnie panował nad znaczną częścią jego bogactw. Temu Francuzo-Polakowi najistotniejszy przedmiot jego misji był całkowicie obojętny. Zupełnie niereligijny, nie interesował się walką z islamem; ograniczył się do tego, by wypełnić swą misję zgodnie z otrzymaną pisemną instrukcją: poprosić o francuskie pieniądze i o francuskich oficerów na wojnę z Turkami. Papieski nuncjusz powiadomił Rzym, jak niewielkiego osobistego poparcia użyczył Morsztyn tej prośbie. Zresztą gdyby nawet ten ambasador wyrecytował przed władcą wszystkie tyrady Corneille'owskiego Cyda, którego przetłumaczył na polski, gdyby nawet najbardziej wzruszająco zaapelował do wielkoduszności monarchy i jego wątpliwej żarliwości religijnej, nie zdołałby poruszyć serca Ludwika XIV. Handel lewantyński Francji, troska, żeby przypadkiem przez pomoc przeciwko Osmanom nie przyczynić się do powiększenia potęgi Habsburgów, wzgląd na węgierskich powstańców i pragnienie, by mieć stale w odwodzie Polskę do ataków na Zachód, były daleko silniejsze niż skłonność do gęsta Dei per Francos (dzieł Bożych za pośrednictwem Francuzów).

Morsztyn, prócz zadania nakłonienia gabinetu wersalskiego do Uczestnictwa w lidze chrześcijańskiej, miał jeszcze udowodnić, że postawa Jana III wobec Francji podczas ostatnich lat była bez zarzutu, i wyprosić przebaczenie za grzechy Marii Kazimiery, następnie pozyskać Ludwika XIV dla korzystnego ożenku księcia Jakuba i dla sprawy odziedziczenia przez niego polskiego tronu. Z trzema pierwszymi punktami poszło tak jak z pomocą przeciw Turkom. O rage! O desespoir! (O, wściekłości! O, rozpaczy!). Były to tylko dworne odpowiedzi, które brzmiały "tak", a oznaczały "nie" lub jeszcze gorzej, bo obojętność. Jedynie przyrzeczone poparcie kandydatury do tronu dla pierworodnego syna Sobieskiego. Sprawa ta pojawia się nawet jako jedna z klauzul w sojuszu francusko-brandenburskim, który został zawarty 25 października 1679 roku w St.Germain.

Był to marny sukces, albowiem realny zmysł polityczny polskiej pary królewskiej oceniał to wątpliwe następstwo tronu na przyszłość z mniejszą jeszcze nadzieją niż spłatę niewątpliwych, dawno płatnych weksli z minionego okresu, które wciąż jeszcze czekały na wykupienie, tych pożółkłych świadków z lat, kiedy to Longueville miał być następcą Wiśniowieckiego. Jednakże misja Morsztyna przyniosła niewątpliwie jeden pożytek: samemu jej ambasadorowi. Siedział bowiem on we Francji ponad rok, zyskał tam sobie potężnych protektorów i stał się wyrocznią dla francuskiego ministra spraw zagranicznych we wszystkich sprawach dotyczących Polski. Zadarł przez to, oczywiście, w ojczyźnie nie tylko ze swoimi dawnymi przeciwnikami, wśród których najznamienitszym była Maria Kazimiera, lecz również z Janem III, dotychczas życzliwie do niego usposobionym.

Spośród innych wyprawionych na Zachód posłańców Hieronim Lubomirski z Italii i Portugalii, a Władysław Morsztyn z Anglii i z Niderlandów przywieźli obietnicę pomocy finansowej. Decydujące znaczenie miała jednak wyłącznie misja księcia Michała Radziwiłła w Wiedniu i Rzymie. Przypominamy sobie owo złe wrażenie, jakie ten szwagier Sobieskiego wywarł na dworze cesarskim podczas wcześniejszych tam pobytów. Zarozumiały, małych kwalifikacji, występując z przepychem tam, gdzie miał wnosić prośby, nie był litewski hetman najwłaściwszą osobą do spełniania dyplomatycznych misji. W każdym razie nie był człowiekiem, który przy pierwszym starcie pokonałby tę różnorodność przeszkód, jaka piętrzyła się przed sojuszem Jana III z Leopoldom I. O braku zapewnienia przychylności Francuzów była już mowa; spowodowanie zmiany tutaj leżało poza polskimi możliwościami. Nieufność wobec siebie jako protektora powstania na Węgrzech zdołał Sobieski złagodzić swoim lojalnym postępowaniem, ale jej nie pokonał. Francuski dowódca korpusu posiłkowego dla kuruców, Boham, wrócił wprawdzie w maju 1679 roku do Polski, gdzie wraz ze swymi bezrobotnymi teraz oficerami sprawiał wielki kłopot Bethune'owi, jednakże wspomnienie o planach Sobieskiego dotyczących węgierskiej korony nie zblakło tak szybko w Wiedniu i również nie wygasło tak nagle w Janie III i Marii Kazimierze, na nieszczęście dla wszystkich zaangażowanych. Trzecią przeszkodą była kwestia pieniężna. Bez odpowiednich papieskich subsydiów przy stałej pustce w kasie nie mógł Habsburg myśleć o wielkiej wojnie z Osmanami. Przewidywano w przyszłości pomoc ze strony Moskwy; obaj kolejni carowie wahali się tymczasem jeszcze między wojną a pokojem. W końcu Sobiescy oczekiwali od. Austrii spełnienia szeregu obietnic, których im Ludwik XIV odmówił albo których nikt od niego nie oczekiwał ręki księżniczki dla Jakuba, najstarszego syna króla, tytułu para Francji dla markiza d'Arquien i pieniężnych korzyści, o których jeszcze należało pomówić. Do jawnych kamieni obrazy trzeba by jeszcze dodać intrygę hiszpańskiego i lotaryńskiego stronnictwa na cesarskim dworze, które nie chciało nic słyszeć o walce z Turkami, aby stać w gotowości zbrojnej na granicy francuskiej, i które nie wyrzekło się nienawiści do elekta z 1674 roku.

Nuncjusz Buonvisi trudził się od dawna, aby znieść tę górę uprzedzeń. Zdawał sobie z tego sprawę, że ma przed sobą mur, którego najlepsza i najtwardsza głowa nie jest w stanie przebić, pocieszał się jednakowoż tym, jeśli można by to nazwać pocieszeniem, że w niedalekiej przyszłości Austriacy zostaną zaatakowani przez Turków; wówczas Wiedeń będzie musiał sam poprosić o to, czego przedtem wciąż odmawiał. Tymczasem spośród ziemskich plag spadła na cesarskie miasto wprawdzie jeszcze nie święta wojna, lecz za to morowa zaraza. Plaga ta dostarczyła dworowi cesarskiemu pretekstu, by ucieczką do Pragi ratować się nie tylko przed groźbą zarażenia, lecz również przed pertraktacjami z Radziwiłłem. Wenecjanie również powołali się na zarazę, aby nie wpuścić niewygodnego posła; tak więc w końcu grudnia 1679 roku zaszedł on jedynie tak daleko, że na granicy republiki adriatyckiej gawędził sobie z tamtejszym nuncjuszem, nie wstąpiwszy wcale na "ziemię obiecaną" Italii.

powrót

Na drodze do Ligi Świętej

Podczas gdy Radziwiłł kłócił się z władzami Wenecji, których skrupuły dotyczące higieny wynikały z obawy przed niezadowoleniem Porty, i otrzymał wprost z Rzymu radę, by się dłużej na próżno nie przemęczać, negocjacje dotyczące sojuszu austriacko-polskiego przeszły w zręczniejsze, mniej jaśniepańskie, a mimo to delikatniejsze ręce. Pani Małgorzata Kotowska, małżonka pewnego królewskiego sekretarza i zaufanego Radziwiłłów, którą Bethune rekomendował "autant d'estime et d'amitie qu'elle en merite" (wyrazami uznania i przyjaźni, na jakie zasługuje), a która za odpowiednią rekompensatę obiecała francuskiemu ambasadorowi sprawozdanie ze wszystkich swych poczynań, zajęła się w Pradze wraz z innym klientem Radziwiłłów, Platerem, sprawami polskiego dworu z tak wielkim powodzeniem i zręcznością, że pod koniec roku przymierze obronne między Leopoldem I i Janem III było gotowe do akceptacji. Buonvisi dopomógł ze swej strony i w ten sposób tajna konferencja z 8 stycznia 1680 roku przesłała Zierowskiemu polecenie, by zaproponował w Warszawie sojusz, w celu wspólnej obrony przeciwko sułtanowi.

Propozycję miało rozważyć zebranie senatorów, ministrów i posłów wybranych na ostatni sejm, zwołane 11 stycznia w Warszawie. Na sesji tej Martelli i Zierowski zmierzyli swe siły z siłami Bethune'a i Francuz zatryumfował raz jeszcze, chociaż nie otrzymał najmniejszej pomocy od swego rządu. Większość obecnych odrzuciła sojusz obronny, uznała natomiast za zasadniczy sojusz ofensywny. O burzliwych debatach, które miały zostać utrzymane w tajemnicy, dowiedzieli się wszystkiego nie tylko najbardziej zaangażowani w tę sprawę obcy dyplomaci. Dzisiaj wiemy, że przyczyn decyzji tej "konwokacji" nie należy sprowadzać jedynie do intryg Bethune'a. Raczej trzeba na tym namiastkowym sejmie dopatrzyć się oddziaływania wewnętrznych politycznych planów, które wyjawili Sobiescy prawdopodobnie ze względu na wojnę z Turcją.

Poszczególne punkty programu, jaki nakreślił sobie władca, były ze sobą w nierozerwalnym związku. Gdy Jan III zawierał lub rozwiązywał przymierza, myślał wówczas również o wsparciu, jakiego mu one mogą dostarczyć dla stworzenia silnej monarchii dziedzicznej, miał przed oczyma małżeństwo wybranego przez siebie następcy i jego prawa do tronu. I odwrotnie, stworzenie nowoczesnego absolutnego państwa miało zapewnić Polsce szansę umocnienia się na zewnątrz, tak w czasie wojny, jak i pokoju. Podczas pierwszych lat swego panowania musiał się monarcha przede wszystkim zajmować obroną przed tureckim niebezpieczeństwem. Dyplomacja i sprawy militarne pochłaniały go prawie bez reszty. Następnie należało stworzyć dobrze zorganizowaną partię królewską i - dla Polski niezbędny warunek - zebrać potrzebne środki finansowe. Teraz, w momencie pokoju europejskiego - każdy zdawał sobie sprawę, jak jest on kruchy - przed wznowieniem walki z niewiernymi i wobec szwankującego zdrowia króla, jak i ze względu na wiek obecnie trzynastoletniego księcia Jakuba, tym pilniejsza stała się reforma konstytucji. Jan III, przygotowując ją, miał trzech najbliższych współpracowników: swego kuzyna prymasa Wydżgę, swojego szwagra kanclerza wielkiego koronnego Wielopolskiego i dotychczasowego ambasadora w Istambule Jana Gnińskiego, swego długoletniego powiernika. Wszyscy trzej, jak dotychczas, zaliczali się do przyjaciół Francji. Uzupełniali się też wzajem swoim temperamentem.

Prymas, leniwy i gadatliwy, dowcipny, inteligentny i powierzchowny, był jakby powołany do tego, by ten niepopularny środek zaradczy uczynić dla senatu i posłów ziemskich możliwym do przełknięcia. Wielopolski, poważny, solidny, milczący i z gruntu uczciwy - on jeden odmawiał wciąż każdemu przyjęcia pensji bądź darów pieniężnych; oczywiście był dostatecznie bogaty, by sobie pozwolić na tę bezinteresowność - musiał redagować projekty prawodawcze. Gniński zaś, chociaż przesądny i niezwykle kapryśny, był dzięki swoim wybitnym przymiotom umysłu właściwym człowiekiem do każdej intrygi, niezrównanym strategiem i wypróbowanym taktykiem polskiego parlamentaryzmu, do tego nie mniej uzdolnionym dyplomatą. "Beaucoup d'esprit, un des plus fins et des plus adroits du royaunier" (umysł żywy, najprzenikliwszych i najsprawniejszych w całym królestwie), "canning, crafty, and of long experience" (zdolny, przebiegły i bardzo doświadczony) - tak przedstawiają tego właściwego spiritus rector zagraniczne i wewnętrznej polityki Sobieskiego w latach poprzedzających wielką wojnę turecką dwaj, tak wysoko cenieni, obcy obserwatorzy, jak de Lumbres i Hyde.

Z tego współdziałania króla z jego trzema doradcami, a przede wszystkim z jego władczynią Marysieńką, powstał w kwietniu 1679 roku projekt Wielopolskiego, konstytucja uwzględniająca w zupełności wymagania czasu i miejsca. Tak więc utrzymane w niej zostały liberum veto i kilka innych schlebiających polskiej odrębności, samych w sobie dziwacznych, ba, nawet szkodliwych postanowień, na przykład to, że władcy wolno wydawać akta tylko po łacinie lub po polsku, że może nadawać tytuły wyłącznie ważne za granicą. Najistotniejszym jednak było wzmocnienie władzy królewskiej. Elekcja miała być zachowana - Jan III chciał wprowadzić monarchię dziedziczną na drodze faktów, a nie poprzez prawo - jednakże odbywałaby się, na wzór konklawe, w ciągu dwudziestu dni. Monarsze miałyby zostać przydane stałe organa doradcze, a władza hetmanów, która mogła prowadzić do tworzenia siły przeciwnej królowi, miała być ograniczona przez stworzenie liczniejszych stałych stanowisk dowódczych. Regularny żołd dla stałego wojska, stworzenie z Ukrainy pogranicznego księstwa, zakaz obecności stałych obcych posłów - to były podstawy polskiego dobrobytu, pomyślności polskiego państwa. Projekt uzupełniono jeszcze konceptami, które ograniczały liberum veto, jak to tylko było możliwe, i stanowiły regułą decyzję większości.

Za wszystkimi tymi szczegółami kryła się, oczywiście, wciąż ta sama myśl zasadnicza, żeby pozbawić władzy oligarchię i zapewnić królowi właściwe kierownictwo wszystkimi sprawami dotyczącymi państwa. Jeśli już myśl ta doszła do głosu, nawet pod tak niewinnym nagłówkiem jak reforma porządku obrad, wówczas rozgorzały namiętności. Podobnie zdarzyło się również, gdy wyśledzono, że dwór przez sprzedaż wyższych urzędów zapewnia sobie poważne środki finansowe, szczególnie jednak oburzano się wtedy, 'gdy próbował on jakimikolwiek okrężnymi drogami zapewniać pierwszeństwo najstarszemu księciu i innym członkom królewskiej rodziny przed pozostałymi obywatelami państwa.

W XVII wieku owe, dla nas śmieszne, kłótnie ceremonialne, te debaty o pierwszeństwo przy stole i na sali balowej były w swej istocie wyrazem walki o zewnętrzne oznaki władzy. Kiedy Sobiescy uparcie walczyli o miejsce, które zajmowała siostra Jana III czy ojciec Marysieńki, kiedy chciano chłopca Jakuba poprzez najosobliwsze podstępy w jakiś sposób wyróżnić - tak, na przykład, podczas pewnej procesji w ostatnim momencie wsunął się on między ojca i najwyższych rangą senatorów; wówczas natychmiast marszałek wielki koronny skłonił swą buławę i zaprzestał sprawowania urzędowej funkcji - znaczyło to wtedy dla znawcy tyle, co: my Sobiescy i nasi najbliżsi jesteśmy ludźmi wyjątkowego rodzaju, znaczymy więcej niż zwykli śmiertelnicy; mamy owo wyjątkowe prawo do władzy. I dlatego "republikańscy" magnaci bronili się przed każdym hołdem dla królewskiej rodziny, przed małżeństwem Jakuba z obcą księżniczką, przed paktami z obcymi dworami, krótko: przed wszystkim dosłownie, gdyż zza wszystkiego szczerzyło zęby w uśmiechu widmo absolutyzmu. Również zza nabożnego malowidła, które nosiło podpis "Chrześcijańska liga przeciwko niewiernym". Tylko więc dlatego większość uczestników konwokacji ze stycznia 1680 roku grzmiała przeciwko sojuszowi obronnemu, że został on zaproponowany przez dwór, i żądała ofensywnego przymierza z cesarzem, ponieważ uchodziło ono za niemożliwe. Tej krajowej opozycji przyszła z pomocą obca intryga.

Z początku byli to drobni truciciele Baluze i Piccinardi, ten pierwszy Francuz, ten drugi Włoch w służbie cesarskiej; obaj starali się pracowicie utopić w błocie i brudzie Sobieskiego i Polaków. Pełne nienawiści plotki Baluze'a stworzyły w Wersalu wrażenie, że Jan III i jego małżonka ulegają karygodnej wprost żądzy chciwości, że trwonią życie na najgłupszych i najnikczemniejszych rozrywkach, a cały naród odnosi się do nich z odrazą. Piccinardi natomiast donosił, że Jan III oszukuje cesarza, Węgrzy tak dziś, jak przedtem otrzymują pomoc z Polski, a o wojnie z Turkami nikt w tym kraju nie myśli poważnie. Sobieski, któremu skończyła się już cierpliwość i który wiedział od dawna o podżegawczych intrygach obu złośliwych kreatur, zażądał w lutym 1680 roku od ich przełożonych, żeby położyli kres tego rodzaju korespondencji. Włoch został wydalony z kraju, Baluze'owi wolno było jakiś czas przebywać w ukryciu poza Warszawą, następnie po kilku miesiącach zniknął całkowicie z powierzchni polskiej ziemi.

Niestety, raporty ambasadora Bethune'a nie przyczyniały się W rezultacie do niczego lepszego niż doniesienia podwładnego mu agenta, mimo że markiz dumnie się wzbraniał, by wymieniano go w jednym rzędzie z tamtym człowiekiem. Małostkowość i krótkowzroczność owego wysoko postawionego przedstawiciela Francji była jeszcze bardziej pożałowania godna, gdyż objawiała się w szczególnej nieumiejętności wczuwania się w mentalność ludzi, z którymi Bethune miał kontakt na co dzień. Nieumiejętność ta brała się z sieci intryg, w której się ich sprawca zaplątał i przez którą poniósł klęskę. W tym wypadku więc zerwał on jeszcze resztki francusko-polskiej przyjaźni, które mimo wszystko oparłyby się niezamierzonemu niszczycielskiemu działaniu gabinetu wersalskiego.

Było to nieszczęsnym fatum francuskich dyplomatów, że Wprzęgnięci w swą własną, narodową, z pewnością przewyższającą wszystkie inne ówczesne kultury, cywilizację i otoczeni francuską atmosferą niczym nieprzeniknionym pancerzem, wędrowali przez wszystkie inne kraje, nie wyczuwając nawet powiewu ich swoistej aury. Dla Bethune'a, który nie był najgorszy, któremu nie brakło serca ni rozumu, charakterystyczne jest to, że on, szwagier polskiego króla, po czteroletnim pobycie u Sarmatów nie rozumiał ani słowa z ich języka. Okropnie poprzekręcane nazwiska w raportach Bethune'a i całkowity brak w nich wszystkich intelektualnych i politycznych problemów, które wówczas bulwersowały państwo i naród polski, mówią same za siebie. Bethune rozumiał i widział tylko kilka prymitywnych faktów: w barbarzyńskiej, niepojętej scenerii działa i gra tuzin aktorów pierwszoplanowych, kilka tuzinów drugoplanowych i wielka liczba źle wyszkolonych, niezdyscyplinowanych statystów. Gwiazdorom należy płacić wysokie gaże, dopóki ci ludzie nadają się do swych funkcji; później, jeśli nie chcą już nic dać z siebie lub nic dać z siebie nie mogą, przepędza się ich do diabła, bez względu na ewentualne kontrakty. Drugoplanowi aktorzy otrzymują honoraria za grę; statystom rzuca się od czasu do czasu sumy ryczałtowe. Jan III i Marysieńka to gwiazdorzy wśród gwiazdorów. Trzeba uwzględnić kilka ich kaprysów, należy im wypłacać wspaniałe pensje. Jednakże za to obowiązkiem bohatera (który jednocześnie odgrywa już niezbyt młodego amanta) i pierwszej i jedynej amantki (która równocześnie chciałaby występować jako heroina, a nawet jako bohaterska matka) jest wierne i piękne recytowanie tekstu zleconej im roli. Niech im tylko nie przyjdzie na myśl, by samodzielnie układać sztuki i wyznaczać tok akcji! Autorzy siedzą w Wersalu, a dyrektor teatru, Bethune, strzeże ich praw. Co wcale nie wyklucza tego, że po kryjomu wyświadczy tym największym aktorom kilka przysług, ani tego, że sam również uważa się za zdolnego do odgrywania ról bohaterów.

To ostatnie przekonanie, do którego Bethune doszedł podczas swojej kierowniczej roli na polskiej scenie, wespół z tragikomedią za kulisami, charakteryzującą się przemiennością nienawiści i miłości, czułości i gniewu, co jest rzeczą powszednią wśród ludzi teatru, doprowadziło do tego, że autor i mecenas w Wersalu poczuł się zmuszony na miejsce dyrektora, który miał za wiele aktorskich skłonności i który zbyt blisko był związany z aktorami, przysłać autentycznego administratora.

Przekładając to porównanie na rzeczywistość, historia dworu królewskiego i Bethune'a w jej ważnym politycznie aspekcie przedstawia się mniej więcej w ten sposób. Aż do sejmu w Grodnie Marysieńka trwała uparcie w oporze przeciwko swej dawnej ojczyźnie i jej ambasadorowi. Przybycie kochanego, dobrego papy d'Arquien umocniło jeszcze królową w jej gniewie. Ten biedny, prześladowany starzec zjawił się w październiku 1678 roku w Tomaszowie; jego dostojny zięć zgotował mu "accueił civil" (grzeczne przyjęcie), ale Marysieńka objęła, płacząc z radości, upragnionego gościa i to czułe przyjęcie przybrało wkrótce wojowniczy charakter d'quien zionął ogniem nienawiści na Ludwika XIV który mu odmówił tytułu książęcego i odpowiednich do stanu środków, na drugiego zięcia Bethune'a, który procesował się o posag, i na jego małżonkę, tę okrutną córkę. Kornelia-Marysieńka osuszyła markizowi - Learowi łzy, a wycisnęła ich wcale wiele z oczu swojej złej siostry. Tak się sprawy toczyły aż do początku roku 1679. Po sejmie Sobieski, człowiek wielkiej dobroci, doprowadził żonę do tego, że nie tylko zawarła swój prywatny pokój z Francją - teraz, kiedy nawet cesarz zakopał topór wojenny - lecz również pojednała się z Bethune'em. Po czym cała familia - dziadek, trzy gracje: Marysieńka, Mme de Bethune i małżonka polskiego kanclerza Wielopolskiego, wraz ze swoimi mężami - zaczęła oczekiwać w pełnej harmonii zgody francusko-austriackiej wymierzonej przeciwko Porcie i spływającej obfitości łask Ludwika XIV dla siebie. Tak to przynajmniej wyglądało.

Bethune pisał obecnie ustawicznie do Wersalu, aby przyspieszyć spełnienie znanych już życzeń swojej królewskiej szwagierki: nadania tytułu książęcego d'Arquienom, przysłania pieniędzy dla Marii Kazimiery i jej małżonka. Jednakże domagał się jeszcze czegoś, czego Sobiescy nie żądali: dużych sum dla wielu polskich magnatów, dowodów przychylności dla ludzi, którzy do tej pory wcale nie uchodzili za wielkich frankofilów. Tu właśnie zaczęła się wielka iluzja Bethune'a, mrzonka ze złudy i oszustwa, którą chciał powołać do życia. Podczas gdy Ludwik XIV, o czym już pisaliśmy i co było wiadome jego ambasadorowi, jako jedyną przynętę dał polskiej parze królewskiej obietnicę, że będzie działał na korzyść następstwa tronu dla księcia Jakuba, Bethune pracował - jak sam sądził, wcale chytrze i wyrafinowanie - przeciwko tej sukcesji. Wabił licznych wielmożów, przynajmniej obu Lubomirskich, Stanisława i Hieronima, potem wojewodę Jablonowskiego, perspektywą tronu, ale tak naprawdę, to sam chciał objąć dziedzictwo swego królewskiego szwagra. Sprawa ta była, jak wszystko co w Polsce uprawiano ściśle tajnie, tajemnicą poliszynela. Zierowski meldował o niej w swoim raporcie z 26 stycznia 1680 roku; Rzym i Berlin wiedziały o tym. Polscy przyjaciele przepijali do ambasadora jako przyszłego monarchy, tak jak przed laty czynili to węgierscy posłowie. Oczywiście wiadomość ta dotarła do Wersalu.

Ludwik XIV i jego nowy minister spraw zagranicznych Colbert de Croissy (którzy w listopadzie 1679 roku zwolnili przyjaźnie usposobionego do Bethune'a i Polaków Pomponne'a) okazali z tego powodu mniej radości; jeszcze mniej zachwytu wzbudziło w nich memorandum ich warszawskiego mandatariusza. Zachęcano w nim do stworzenia francuskiego stronnictwa, które miałoby się przygotować do przyszłej elekcji i którego przywódców związałoby się z Francją lub z twórcą tych łask, ambasadorem, dużymi pensjami. Bethune był nieznużony, przedstawiając w swoich depeszach Sobieskiego jako ciężko chorego człowieka, który stoi nad grobem; wymyślił w tym celu wiele udarów i wysyłał francuskiego lekarza Jana III z alarmującymi meldunkami o stanie zdrowia monarchy do Francji. Przepowiadając bliskie interregnum, dając też przy tym do zrozumienia, że widoki księcia Jakuba na koronę są niekorzystne, następnie że matka tego kandydata, Maria Kazimiera, wydaje się nie bardzo godną zaufania przyjaciółką swej ojczyzny, markiz pragnął sam sobie utorować drogę. Niejasne pozostaje dla nas tylko to, czy Bethune rzeczywiście wierzył w bliski koniec Sobieskiego czy też, jak później dowiedziano się z wypowiedzi kilku powierników ambasadora, gdy już zostałyby zgromadzone potrzebne sumy i zorganizowane francuskie stronnictwo, postarałby się przeprowadzić zmianę na tronie jeszcze za życia Jana III.

Jakkolwiek było, Ludwik XIV nie ufał temu człowiekowi, który oprócz francuskich interesów miał swoje własne, nawet choćby to były sprawy bardzo intymne czy rodzinne; poprzednik Bethune'a, którego ten wygryzł z Polski, biskup Forbin, rozniecał niezadowolenie gabinetu w Wersalu z tego zanadto pełnego fantazji szwagra Sobieskiego; w każdym razie w kwietniu 1680 roku zapadła decyzja, że Bethune'a zastąpią Forbin i przydzielony mu, dotychczas poseł w Wiedniu, markiz de Vitry. Obaj mają prowadzić w Warszawie politykę niezależną od rodzinnych interesów Sobieskich i d'Arquienów i zbierać wiarygodne wiadomości o stanie rzeczy. Właściwie chodziło przy tym o jedno jedyne pytanie. Czy polski dwór ostatecznie zaprzedał się cesarzowi, czy nie? W pierwszym przypadku Forbin i Vitry musieliby przeciwstawić Sobieskiemu nowe stronnictwo francuskie, które jednak nie powinno posłużyć osobistym celom Bethune'a; w drugim - ich obowiązkiem było sprowadzić Jana III na drogę cnoty, do Wersalu.

Jedno było przy tym pewne; czy to był Bethune, czy Forbin, czy też Vitry, Francuzi opacznie pojmowali najlepsze i najgłębsze uczucia polskiego króla, nie dostrzegali zza intryg i subsydiów ani ważnych dla państwa politycznych pobudek, ani światopoglądowych przyczyn, które ciągnęły Sobieskiego do Ligi Świętej przeciwko Turkom. Następnie nie byli oni w stanie w ciasnych granicach swego rozumienia polskiej duszy w ogóle i duszy mało skomplikowanego Jana znaleźć, będąc w służbie Ludwika XIV, właściwej taktyki wobec Sarmatów i ich króla. Albowiem władca w "czarodziejskim pałacu" w Wersalu był bogiem - dii estis, (jesteście bogami) tak okadził go i jego przodków biskup Bossuet - któremu trzeba było służyć jak pokorny kapłan. Do niego można się było tylko modlić, a pan odpowiadał wówczas błyskawicami lub promieniem słońca albo nie odpowiadał wcale.

Leopold I był tylko półbogiem, którego otaczali i któremu doradzali ćwierćbogowie i w jednej ósmej bogowie. Z nim i z nimi, przy zachowaniu najostrożniejszych form, można było rozmawiać. Dwór wiedeński był równie nieufny jak francuski, lecz dużo powolniejszy w swych decyzjach niż tamten, atoli było możliwe rozproszenie uprzedzeń cesarskich ministrów poprzez uporczywe protesty, a przede wszystkim Austriaków nie dzielił od Polaków, Leopolda I zaś od Jana III ów nieprzenikniony mur psychiczny. Zierowski, poseł Habsburga, wyrósł na polskiej granicy, miał krew sarmacką i znał język tego kraju, był obeznany z historią i z geografią państwa, w którym działał. Tak więc mógł on z powodzeniem budować mosty między Warszawą i Wiedniem.

Skoro tu upierano się przy obronie, tam zaś przy ataku jako podstawie przyszłego, oczekiwanego przymierza, Zierowski rozszerzył plan o wiele poza bezpośredni jego cel, którym była wojna z Turkami, aż do trwałego sojuszu Leopolda I z Sobieskim. W tym względzie należy oddać sprawiedliwość Bethune'owi, który przeczuł zamiary swego austriackiego kolegi. W tymże samym memorandum, które z tak jasnym, ubocznym, zamiarem zachęcało do stworzenia francuskiej frakcji, znalazł się plan akcji, odrzucony niesłusznie przez zarozumiałego Croissy'ego, przewidujący kontrposunięcie przeciw każdemu przyszłemu posunięciu Zierowskiego.

W swoim raporcie z 21 marca 1680 roku proponował poseł Leopolda I małżeństwo Jakuba Sobieskiego z arcyksiężniczką lub z palatynką, tytuł księcia Rzeszy i pensję roczną w wysokości 6000 talarów dla d'Arquiena oraz po 20000 talarów renty dla Marii Kazimiery i kilku magnatów. Znający świetnie miejscowe sprawy dyplomata radził potajemnie i szybko dojść do porozumienia z Marysieńką, zanim dowiedzą się o tym Bethune i Wielopolski, i nie grzeszyć fałszywą oszczędnością, albowiem "nudis verbis nihii efficitur" (samymi słowami niczego się nie dokona). Odpowiedź z Wiednia przybyła z niespodziewaną szybkością. Cesarz jest gotów w każdej chwili nie tylko do ofensywnego przymierza, jeżeli Rosjanie będą współuczestniczyć, a Francja zagwarantuje pakt o nieagresji. O finansowych dotacjach można rozmawiać: co dotyczy małżeństwa, to Zierowski ma ostrożnie lawirować, nie wypowiadać się wyraźnie, "aby nie odbierać całkiem nadziei, a jednocześnie nie dopuścić do przyrzeczeń na piśmie". Na podstawie tego polecenia rozpoczął Zierowski w połowie kwietnia pertraktacje z polskimi delegatami, którym król powierzył załatwienie sprawy austriackiego sojuszu. Znajdziemy między nimi sam kwiat warszawskich mężów stanu: Pac, Gniński, Stanisław Lubomirski, Rey. Wiedeńskie kontrpropozycje skłoniły Sobieskiego, aby poprosić Ludwika XIV w błagalnym wprost liście o wymaganą przez cesarza gwarancję. W innym razie Polska musi zgodzić się na nie aprobowaną przez Francję ligę defensywną. Z tym pismem, datowanym 26 kwietnia 1680 roku, został wysłany do Wersalu dworzanin Yillars. Przed jego powrotem ani Jan III, ani Leopold I nie chcieli podejmować decyzji. Tymczasem Zierowski pojechał do Austrii, aby tam na wszelki wypadek odebrać odpowiednią instrukcję.

W dworskiej posiadłości cesarza w Linzu, gdzie ów poseł bawił w lecie prawie miesiąc, odnoszono się do sprawy sojuszu z całą powagą. Odbywały się liczne konferencje. W końcu, 9 sierpnia, ustalono, by starać się o sojusz ze wszystkich sił, zaaprobowano tytuł książęcy dla d'Arquiena, brat królowej, comte de Maligny - którego tak mało ceniono w jego francuskiej ojczyźnie - ma przybyć do Wiednia, gdzie chcą mu dać odpowiednią stanem narzeczoną, najznaczniejszym polskim magnatom, bez wdawania się we współzawodnictwo z Wersalem, mają być przyznane odpowiednie dary; co zaś dotyczy małżeństwa księcia Jakuba i jego następstwa tronu, należy "temporyzować" (zwlekać, czekając na sprzyjające okoliczności). Za pierwsze posunięcie wynikające z owych postanowień należy uznać rozkaz do kamaryli, by litewskiemu hetmanowi Pacowi przesłać 3000 talarów i przepuścić bez cła 200 beczułek węgrzyna. W parę dni potem, 14 sierpnia, Zierowski został z powrotem wysłany do Warszawy, by przeciwdziałać posunięciom nowych francuskich ambasadorów i, w zależności od odpowiedzi z Wersalu, połączyć się z Polską sojuszem przeciwko Turkom obronnym lub ofensywnym.

Bethune otrzymał odwołanie pod koniec lipca. Z początkiem września w Warszawie przekazał sprawy swemu następcy Forbinowi; markiza, która pojednała się znowu ze swoją siostrą Marysieńką, pozostała chwilowo na polskim dworze. Biskup-ambasador, do którego w pierwszych dniach listopada dołączył jego kolega Vitry, mógł znowu wypróbować swą moc czarodziejską, którą tak znakomicie udowodnił podczas swej pierwszej misji. Najpierw oddawał się zrozumiałym złudzeniom. Jan III i Maria Kazimiera przyjęli prałata wspaniale, okazywali mu uprzejmość i starannie odmierzane zaufanie, wysłuchiwali jego skarg na Bethune'a i dołączali swoje na biednego markiza. Nie zabrakło też gruntownej rozmowy rozrachunkowej, podczas której mówiono sobie wzajem w sposób najgrzeczniejszy przykre prawdy. Sobiescy, jako przyjaciele Francji, starali się usprawiedliwić. Forbin ostrzegał ich przed związaniem się z cesarzem, któremu rzekomo brakło pieniędzy, potęgi, jak również ochoty do nawiązania uczciwej przyjaźni z Polską. Wkrótce jednak doszło do owych istotnych kwestii, na których nieobecny (zawsze nie mający racji) Bethune się potknął. Forbin i Vitry nie przywieźli książęcej korony dla d'Arquiena, za to przywieźli dla niego zakaz, aby starał się o tytuł księcia Rzeszy. W odpowiedzi na prośbę Sobieskiego o gwarancję dla Austrii nie mieli nic więcej do powiedzenia nad to, że Ludwika XIV obraża, jeżeli się oczekuje od niego takich rzeczy. Komentarz do owego "nie" można by było nakreślić tymi słowy: po pierwsze, król francuski nie zamierza wcale atakować cesarza; po drugie, nie pozwoli sobie narzucić zakazu zaatakowania go w każdej chwili.

Nie było więc wcale zdumiewające to, że jeden z najzagorzalszych przyjaciół Francji, który - oczywiście otrzeźwiony nieco - wrócił ze swej podróży do Wersalu, w dzień sylwestrowy roku 1680 opisał w tych słowach powszechną atmosferę: "Tutaj crescit coraz bardziej inclination do Austrii." (Tutaj stale wzrasta sympatia do Austrii). Człowiek, który pisał te słowa, książę Hieronim Lubomirski, 13 stycznia 1681 roku na sejmie rozpoczętym w Warszawie został jednogłośnie wybrany na marszałka. Zdaniem Forbina i Vitry'ego, podstawy supremacji francuskiej w Polsce były jeszcze niezachwiane. Wprawdzie królowa przyjęła dowody łaski Ludwika XIV "d'une manierę peu honneste et peu reconnoissante" (w sposób mało szlachetny i mało wdzięczny), wprawdzie Maria Kazimiera wciąż przeciąga na swoją stronę małżonka, którego chciwość i lenistwo czynią bezwolnym narzędziem tej butnej, upartej, zarozumiałej i kapryśnej kobiety, atoli mimo wszystko wierzyli ci, tak znający się na ludziach, ambasadorowie, że król Polski "oparł się wszelkim zakusom i zdecydował pozostać wierny Jego Majestatowi". Za pomocą książęcego tytułu dla d'Arquiena - na które to wywyższenie stanowe Ludwik XIV, stosując wiele klauzul i akceptując je w najbardziej upokarzającej formie, wreszcie przystał - za pomocą 50000 talarów dla polskiego monarchy i pensji dla najważniejszych osób: wojewody ruskiego Jabłonowskiego i Hieronima Lubomirskiego, będzie można regulować doskonale nie tylko na tym sejmie, lecz również później wszystko tak, jak się chce, mając przy tym jeszcze w odwodzie dwóch kandydatów do tronu.

Jabłonowski, Lubomirski i kanclerz wielki Wielopołski uważani byli przez francuskich dyplomatów za najwierniejszych z wiernych. W połowie marca zaczęto mieć wątpliwości co do najmniej podstępnego z tego tria. "Kanclerz wielki, na którego dotąd liczyliśmy z pewnością.... pracuje nad tym, by rzucić podejrzenie na nasze zachowanie, i przypuszczamy, że nie będzie to jego zasługą, gdy Jego Królewskiej Mości zamiary nie spełzną na niczym." Jabłonowski zaś od dawna był wysoce poważanym opłacanym stronnikiem cesarza, z rentą podwyższoną właśnie teraz do 3000 talarów. Zaś Hieronim Lubomirski, który na sejmie jako marszałek miał prowadzić sprawy Francji, przedstawił Austrii - podług raportu Zierowskiego z 23 maja 1681 roku - przy końcu sesji obrachunek za swoją działalność na rzecz tego państwa w formie oferty swoich, odrzuconych przez Francję, usług wojskowych.

Ambasadorzy zachowywali się z rozpaczliwą niezręcznością. Nie poznajemy już tego sprytnego Forbina; widocznie u boku Vitry'ego uległ działaniu swego rodzaju prawa Greshama. (Thomas Gresham, angielski polityk i finansista (XVI w.), sformułował prawo, w myśli którego, Jeśli w obiegu znajdują się jednocześnie monety o tej samej wartości nominalnej, lecz różnej zawartości kruszcowej, to pieniądz gorszy (o mniejszej zawartości kruszcu) wypiera pieniądz lepszy). Rozczarował on wielce parę królewską swoją zbędną rolą pośrednika między Wielkim Elektorem i Sobieskim, ostrzeżeniem przed wrogimi zamiarami króla Polski wobec Prus skierowanym do Hoverbecka i częstymi kontaktami z przeciwnikami dworu. Za inne przyczyny, które wywołały gniew Jana III na Francję, nie są oczywiście odpowiedzialni ani biskup, ani jego kolega Vitry; to Ludwik XIV polecił dać nieszczerą, wymijającą odpowiedź na pytanie o pomoc w wojnie z Turkami. Ambasadorzy wyjaśnili pewnej deputacji sejmowej, że Francja nie może nic obiecać w razie walki z Osmanami; przedtem jednak obaj dyplomaci przyrzekli poufnie Sobieskiemu, prymasowi i kanclerzowi wielkiemu daleko idącą pomoc, z zastrzeżeniem, że publicznie zaprzeczą tej -obietnicy, jeśli zostanie ona podana do ogólnej wiadomości. Nie będziemy tu. akcentować prowokującego sposobu, w jaki traktował Ludwik XIV d'Arquienów i Bethune'ów, z całą pewnością by Marysieńce okazać swą pogardę i niechęć. Nawet jeżeli niewiele współczucia budzi to intryganckie, neuropatyczne, żądne korzyści materialnych towarzystwo, na które spadał olimpijski gniew króla-słońce, to przecież Sobieskiego łączyło z tymi ludźmi najbliższe powinowactwo. Życzył sobie, na przykład, by jego szwagierka, Madame Bethune, poszła, gdzie pieprz rośnie; pozwolił jej jednakże przebywać w tym kraju, gdzie podczas ostrej bardzo zimy nie rosło nic prócz oburzenia na tyranię Ludwika XIV, który wysłał tam z powrotem szwagierkę sprzymierzonego z nim monarchy tylko po to, by Janowi III pokazać swoją wyższość władcy z urodzenia.

Urażona ambicja, zawiedziona chciwość, więź rodzinna i poczucie stanowe, szlachetna duma i zraniony honor - z takimi sprzymierzeńcami Pallavicini, nowy nuncjusz, i Zierowski mogli się spodziewać zwycięstwa nad francusko-brandenburskim stronnictwem. Przynajmniej u Sobieskiego, gdyż w sejmie znalazł się zawsze jakiś nicpoń, który za pieniądze wołał to swoje nieszczęsne liberum veto. Ważnymi sprawami na tej sesji były małżeństwo księżniczki Radziwiłłówny, przymierze z Moskwą, zależny od tego sojusz z cesarzem i, za kulisami, stosunek do węgierskich rebeliantów, których wysłannik, Absalon, wracał z Paryża przez Warszawę i do których miał się przeszmuglować francuski agent Du Vernay.

Kiedy już się wykręcił od starań o rękę jedynej córki księcia Bogusława licznych członków rodziny Radziwiłłów z głównej linii tego rodu, Elektor Wielki wydał tę ledwie czternastoletnią Ludwikę Karolinę za mąż za swego syna, margrabiego Ludwika, Tym samym wszakże ten stał się panem znacznej części posiadłości ziemskich Litwy, a także najgroźniejszym rywalem Jakuba Sobieskiego, jeżeli ów miałby w przyszłości kandydować do tronu po Janie III. W świetle świec, które płonęły podczas wesela na brandenburskim dworze, wiele spraw stało się obecnie jasnych; po pierwsze, dlaczego Elektor od lat tak gorliwie zabiegał o polski indygenat dla syna, po drugie, jaką wartość posiadał układ z St.Germain wraz z klauzulą na korzyść księcia Jakuba, tym jedynym ustępstwem, o którym mógł powiadomić Morsztyn z Paryża i którego znaczenie tak wyolbrzymiali Forbin i de Vitry.

Oprócz faktu tego wielce bolesnego małżeństwa, jeszcze dwie okoliczności doprowadziły Sobieskiego do kipiącego gniewu. Król pragnął ręki Ludwiki Karoliny najpierw dla Jakuba, potem dla brata Marii Kazimiery, comte de Maligny; aby jednak przeszkodzić wszelkim protestom przeciwko małżeństwu z Brandenburczykiem, sprzymierzeńcy z St.Germain chwycili się prymitywnego podstępu: datowane 24 października 1680 roku pismo notyfikacyjne elektora do Jana III wręczone mu zostało dopiero 6 stycznia 1681 roku przez francuskiego ambasadora; spóźnienie tłumaczono winą poczty. Przypadkiem tak się złożyło, że nadeszło ono akurat tego dnia, kiedy w Berlinie odbywał się ślub młodej pary! Niczego bardziej nie cierpiał Sobieski jak tego, gdy chciano z niego zrobić durnia. Tak więc dołączył również ten list do akt przyjaźni francuskiej.

Na sejmie wnet posypały się ataki na Hohenzollerów, którzy przez sypialnię panny młodej zyskali swobodę poczynań na Litwie. Elektor i jego wytrawny poseł Hoverbeck poczuli się z tego powodu w trudnej sytuacji, ponieważ "opozycja ma pozór racji, siłę i poparcie większości senatorów i posłów". Fryderyk Wilhelm próbował, stosując swoją w Polsce często nie zawodzącą metodę, natychmiast po zadanym uderzeniu osłabić jego siłę pieniędzmi i dobrym słowem. Na licznych audiencjach u króla, w niezliczonych rozmowach prowadzonych z jego poplecznikami i z -opozycją ofiarował Hoverbeck 3000 dukatów Pacom, 2000 innym przeciwnikom dworu; drugiej zaś stronie - brandenburskie oddziały w liczbie 3000 żołnierzy na wojnę z Turkami, 40000 talarów i na ręce Sobieskiego do niczego nie zobowiązujące oświadczenie rezygnacji.

"Ani My, ani nikt z Naszego Domu i z Naszych dzieci nie myśli wcale o koronie - tak brzmiały słowa tego pisma do Jana III. - Jeżeli w przeszłych czasach różniły się Waszej Wysokości i Nasze zobowiązania i podług nich braliśmy Naszą miarę, to tak obecnie zmieniły się czasy i koniunkcje tak się ułożyły, że moglibyśmy żyć w trwałej i szczerej przyjaźni." Gdyby Jan III zmienił jednak ze swej strony te koniunkcje? A wyglądało na to, że wkrótce może to nastąpić.

Nad sojuszem z Moskwą pracowano gorliwie od dwóch lat, zarówno strona rosyjska, jak też Polacy. Poseł Rzeczypospolitej, Brzostowski, został wysłany w tym celu na dwór carski w 1679 roku w lecie, moskiewskie poselstwo było w Wiedniu w tym samym czasie co Radziwiłł. Tu, a później na początku roku 1680 w Warszawie, pełnomocnicy Romanowych byli usilnie wspierani przez papieską dyplomację. Jednakże wzajemna nieufność między schizmatykami i łacinnikami była jeszcze większa niż między zachodnimi mocarstwami, wówczas było to zresztą w pełni uzasadnione. Polacy są wprawdzie gotowi przyrzec wszystko Moskwie, pisał Zierowski, lecz raczej nie myślą o tym, by czegokolwiek dotrzymać. Carowie za to ze swej strony zawarli nieoczekiwanie pokój z Porta w Radzyniu (Chodzi o traktaty w Bakczysaraju 3/13 stycznia 1681 r.) 11 lutego 1681 roku, podczas gdy w Warszawie pertraktowali nad sojuszem wymierzonym przeciwko Osmanom.

Mimo to dzięki wpływowi papieża i cesarza udało się Polaków przekonać o tym, że- pobożni Moskwiczanie zamierzają raczej oszukać odwiecznego wroga chrześcijaństwa niż łacińskiego sąsiada. Tak więc l kwietnia 1681 roku sojusz z carem został przez sejm zaaprobowany. Dopiero po zakończeniu sejmu dotarł meldunek o pokoju turecko-moskiewskim. W tej sytuacji sprawa sojuszu z Austrią nie posunęła się naprzód. Zierowskiemu podług otrzymanych wskazówek nie wolno było wyjść poza sojusz obronny, zanim nie zostanie zagwarantowana przynajmniej pomoc rosyjska. Tak więc sesja z roku 1681 przyniosła tylko takie pozytywne wyniki dotyczące wojny tureckiej, jak przyrzeczenie papieża, że zapewni 100000 guldenów subsydiów, oraz decyzję wystawienia polskiej armii w liczbie 54000 żołnierza.

Czy jednak te pieniądze i wojsko rzeczywiście zostaną użyte przeciwko niewiernym? Aż do samej Wenecji rozpowszechniał się pogląd, który Bailo Cioran w lipcu 1680 roku przedstawił Najjaśniejszej Rzeczypospolitej (tzn. Rzeczypospolitej Weneckiej), że Sobieski chce wykorzystać subsydia jedynie w celu uczynienia swej królewskiej władzy dziedziczną. Nic dziwnego, że również Francuzi, Brandenburczycy i Austriacy myśleli podobnie. Dwór cesarski był zaskoczony tymi samymi wydarzeniami, które z innego punktu widzenia rozgniewały również Francuzów. Po pokoju w Nimwegen wziął górę w Wiedniu i na Węgrzech kierunek pojednawczy. Młody, ognisty przywódca kuruców, Thokoły, zdecydował się na zawieszenie broni. Leopold I w swoim poleceniu z 18 maja 1680 roku powiadamiał z naciskiem Zierowskiego, ze należy dobrotliwie rozmawiać z rebeliantami. Dlatego właśnie dwór wiedeński starał się pilnie uniknąć francuskiej i polskiej interwencji w rozmowach z Madziarami. Jednakże teraz Ludwik XIV przykładał największą wagę do tego, by utrzymać kontakt z Thokołym i książętami siedmiogrodzkimi w celu stałego zagrożenia habsburskich tyłów. Dlatego też poseł węgierskich buntowników, Absalon, został jak najspieszniej odprawiony z Wersalu do ojczyzny z pomyślnymi wiadomościami, w towarzystwie francuskiego pełnomocnika Du Vernaya, któremu to Sobieski miał umożliwić.podróż przez Karpaty do Siedmiogrodu.

W Polsce zbiegały się wszystkie nici politycznych intryg, które decydowały o pacyfikacji Węgier. Od Jana III zależało, czy zablokuje zupełnie kontakt między Francją i rebeliantami, czy przez wzmocnienie tej uzgodnionej, jawnej lub potajemnej, pomocy doda nowej siły powstaniu. Forbin i Vitry osiągnęli u Sobieskiego tylko tyle, że, rzekomo w tajemnicy przed Marią Kazimierą, przepuścił on Du Yernaya do Siedmiogrodu i że obiecał dać Thokołyemu polski indygenat, o który tamten prosił, oczywiście tylko wtedy, gdy madziarski przywódca podda się cesarzowi. Zierowski sądził jednak, że król zawarł z buntownikami szkodliwe pakty. Posłowi austriackiemu wpadła bowiem w ręce przez przekupstwo cała korespondencja Absalona, którą ów węgierski emisariusz powierzył poczcie w Warszawie, i z niej dowiedziano się ó ofercie Thokołyego przekazania węgierskiej korony Jakubowi Sobieskiemu. Sobieski jednak był tak przyzwoity, że nie rozpatrzył bliżej tej propozycji podczas pertraktacji z cesarzem o sojusz, i był tak naiwny, że sądził, iż później mogłoby jednak wyjść coś z tej całej sprawy. Oferta Thokołyego była przecież spójna z od dawna żywionym, wymienionym już przez nas planem polskiego monarchy.

Tymczasem węgierskie powikłania doprowadziły tylko do tego, że król-słońce, z powodu swojego chłodnego i niezdecydowanego poparcia, rozgniewał jeszcze bardziej Jana III, następnie że Austria i Brandenburgia, które zwykle stały wobec siebie w silnej opozycji, zeszły się na chwilę na drodze prowadzącej przez kiesy ich polskich przyjaciół. Ci sami Pacowie, których republikańskie uczucia przeciwko absoluty styczny m skłonnościom Jana III pobudzane były przez brandenburskie dukaty, zostali kupieni za austriackie talary, aby przeszkadzać w wydaniu indygenatu dla Thokołyego. W każdym razie cesarski poseł przez wzgląd na sprawy węgierskie miał związane ręce, kiedy Brandenburgia nabrała nagle rozmachu do decydującego uderzenia na parlament. Na Wielkim Elektorze wywarł głębokie wrażenie raport Hoverbecka. Było w nim napisane, że Sobieski poczeka z wojną turecką jakieś dwa, trzy lata, "tymczasem byłaby okazja po temu, by solidnie zemścić się za policzek, który mu wymierzyła Jego Kurfirstowska Mość, wymuszając posiadłości Bytów i Lębork, odbierając starostwo Drahim i uprowadzając przemocą Kalksteina. Cała pruska szlachta wznosi ręce do nieba, jęczy i zawodzi z powodu wielkiej biedy i utrapienia i przeklina Rzeczpospolitą, że ją sprzedała." On nie będzie czekał" aż mu się wymierzy policzek - odparł na to z początkiem kwietnia Fryderyk Wilhelm, którego ewangeliczny zapał widocznie w tym momencie wygasł; jeżeli Sobieski nie zgodzi się na zaproponowaną mu przyjaźń, wówczas Hoverbeck ma się zwrócić do opozycji.

Brandenburski poseł nie posunął się w negocjacjach z Sobieskim ani o krok, nie pomogło Hoverbeckowi nawet podwyższenie oferty pieniężnej do 100000 guldenów. Za to przewaga dworu wciąż wzrastała. "Patrioci", o, jakże wielka miłość ojczyzny cechowała tych ludzi, na przykład dzielnego Grzymułtowskiego - taksa 6000 franków - parli do zerwania sejmu. W połowie maja doszło do tajnej uchwały (zapis ad archiwum), która określała wielkość zbrojeń, zabezpieczała je finansowo i zasadniczo miała na względzie wojnę z Turkami. Zapał, który zapanował powszechnie wśród senatorów i posłów, kazał się obawiać najgorszego, powstania całego narodu pod jego przywódcą z powołania, Sobieskim. Tak więc jedynie słuszne, choć niegodziwe było to, że szlachcic Przyjemski, niegdyś mousquetaire du Roi (muszkieter króla) i zausznik Bethune'a, obecnie na polecenie Hoverbecka i Grzymułtowskiego podniósł długo oczekiwane veto. Stało się to 22 maja 1681 roku. Przez całe dwa dni próbowano przekabacić Przyjemskiego; Sobieski był gotów pójść na ugodę z Fryderykiem Wilhelmem, aby ratować uchwały dotyczące wojny z Turkami. Daremnie. Sam król upominał nędznika, by nie burzył dzieła, które kosztowało tak wiele tygodni pracy. Ale "sembrava quesf huomo come un ossesso, tanto era agitato delie sue passioni" (ów człowiek zdawał się opętany, tak bardzo miotały nim namiętności). Jeszcze dwa dni. Następnie, w zielonoświątkowy poniedziałek 1681 roku sejm skończył się. "Vare, redde mini legiones! ("Warusie, oddaj mi legiony!" - słowa wypowiedziane przez Augusta po klęsce wodza rzymskiego Warusa w 9 r.n.e., który popełnił samobójstwo, gdy w zasadzce Cherusków zgineły 3 legiony rzymskie) Zwróćcież mi tak bliską przecie sławę!" Tak skarżył się Jan III w swej mowie pożegnalnej. Wówczas marszałek sejmu Hieronim Lubomirski, po napiętnowaniu czynu Przyjemskiego, przekazał "los królestwa w ojcowskie ręce Jego Królewskiej Mości".

Sobieski, niepocieszony z powodu nieudanego sejmu, pierwszego, który został zerwany za jego panowania, pohamował jednakże swój gniew na kurfirsta, mimo że wiedział z przechwyconych depesz, iż on jest sprawcą czynu Przyjemskiego. Król nie uczynił tego, czego się obawiał sam Fryderyk Wilhelm. Zaniechał tego, by Hohenzollerna "zalać pożogą wojenną, ażeby nie tylko , ale też Rzeczypospolitej sił nie osłabiła". Nie wysuwał na plan pierwszy zbrojeń, żeby, jak wciąż zapewniał złośliwy Grzymułtowski, najpierw uczynić tron dziedzicznym, lecz trwał przy swoim dawnym planie. "Per has ad istam", wpierw wojenne wawrzyny w starciu z islamem, następnie dalsze umacnianie władzy w kraju. I ta wielkoduszna postawa była mądrzejsza, niż byłaby nią małostkowa polityka baroku; albowiem atak na Brandenburgię czy zamach stanu naraziłyby go na osamotnienie, bez poparcia Francji czy Austrii i oko w oko z koalicją wszystkich polskich i litewskich oligarchów wraz z Hohenzollernami, kto wie, może też z Lotaryńczykiem. Na początek należało zawrzeć trwały sojusz z cesarzem, gdyż na Wersal nie było co liczyć; na początek książę Jakub musiał mieć oparcie w dobrej starej dynastii, na początek naród musiał się znowu odnaleźć w walce przeciw odwiecznemu wrogowi i wrócić do swej pełnej glorii przeszłości; wówczas samo mogło wpaść Sobieskiemu w ręce to, co w innym przypadku byłoby nie do zdobycia, nawet przez tak odrażającą dla Jana III wojnę domową.

Uwaga polskiego dworu skierowała się więc znowu na przymierze z Habsburgami i na przygotowania do wojny tureckiej. Francję i Brandenburgię starano się ułagodzić i zwodzić, moskiewskiego pokoju z Porta nie brał Sobieski tragicznie; przyjaźń między sułtanem i carem nie dotrwała nawet do wyschnięcia inkaustu podpisów pod tym układem. Oczywiście sojusz z Austriakami i walka przeciw Osmanom zależały bardziej od ogólnej sytuacji światowej niż od dobrej woli Polski.

Leopold I, zdecydowany na wojnę z muzułmanami, ponieważ wiedział, że jest nieunikniona, na początku 1681 roku podjął próbę dojścia do bezpośredniego i szczerego porozumienia z Ludwikiem XIV. Droga, którą cesarz obrał chcąc osiągnąć nadaremnie upraszane przez Sobieskiego poręczenie francuskiej nieagresji, przynosi honor pobożności, uczciwości i dziecięcej świeżości uczuć Habsburga, lecz niestety nie jego znajomości ludzi. Po spotkaniu w Altotting z elektorem bawarskim Maksymilianem Emanuelem i po zawarciu tam wszechstronnego porozumienia, również co do przyszłego małżeństwa tego księcia z arcyksiężniczką Marią Anną, którą Jan III spodziewał się otrzymać dla Jakuba Sobieskiego, cesarz wysłał ojca kapucyna Marka d'Aviano do Francji, aby przemówił Burbonom do sumienia. Leopold I nie był w stanie wyobrazić sobie nic innego, jak to, że każdy, ale to każdy chrześcijanin, nie mówiąc już o arcychrześcijańskim królu, wysłucha z głębokim szacunkiem tego czyniącego cuda Bożego człowieka.

"Quando che venga in Francia ella dira quello che Dio gli inspirera e le parera a proposito per il bene del christianesimo. Quello solo dico che io non desidero altro che la pace e che non si perturbi quello ch'e mio e dell'Imperio... Del resto io desidero vivere bene e amico con tutti." (Kiedy przybędziesz {ojcze}do Francji, Bóg cię natchnie, co masz powiedzieć, a mów, co ci się wyda słuszne dla dobra chrześcijaństwa. To tylko powiem, że nie pragnę niczego innego, jak pokoju i nienaruszalności tego, co moje i Cesarstwa... Zresztą pragnę żyć w zgodzie i przyjaźni ze wszystkim.) - Te słowa dał Habsburg posłańcowi pokoju w mnisim habicie jako wskazówkę na drogę. Jako pretekst do umówionej wizyty ojca Marka w Bawarii posłużyło zaproszenie delfiny, z domu Witteisbach, aby świątobliwy kapucyn pobłogosławił ją przed połogiem. Leopold był pełen ufności. 4 maja pisał do ojca d'Aviano, że on to nakłoni króla Francji do prawdziwego pokoju. Jeśliby ten cel najważniejszy został osiągnięty, jeśliby Marco d'Aviano powrócił z obietnicą poszanowania granic Cesarstwa podczas wojny z Turkami, wówczas Leopold I byłby gotowy do natychmiastowego przymierza z Polską. Miast tego gość delfiny został, mimo swojego protestu, zatrzymany pod bramami Paryża przez tajnych policjantów, wsadzony na trzęsący wóz i bez żadnego postoju po drodze przewieziony do Mons, na granicę z austriackimi Niderlandami. Na wiedeńskim dworze, i nie tylko tam, panowało niemałe oburzenie, "jak pięknie został potraktowany pobożny i działający cuda ojciec Marco we Francji" (słowa cesarzowej Eleonory do palatyna Filipa Wilhelma). Lecz teraz dowiedziano się ostatecznie, jak się sprawy mają. O sojuszu z Polską nie było już co myśleć, kiedy zagrażał równoczesny atak Ludwika XIV na zachodzie i Turków na wschodzie.

Kiedy ów arcychrześcijański król okazał tak mało chęci wysłuchania ewangelii z ust ojca Marka, z tym większą rozkoszą czytał radosne wieści, które mu przesyłał przedstawiciel Francji u księcia wiernych, Guilleragues. Wierny otrzymanym, rozkazom, następca odwołanego z powodu swych chrześcijańskich uprzedzeń Nointela przywiódł Portę do decyzji wszczęcia wojny z Austrią, skoro tylko zostanie zawarty pokój z Moskwą. 20 maja 1681 roku Guilleragues melduje o zbliżającej się napaści sułtana na Węgry. Echo tureckich kotłów posłyszała Europa od strony Renu i z Sabaudii. Francuskie oddziały zajęły 30 września 1681 roku Strasłmrg i Casale. W tejże chwili doszło w stosunkach między obu sprzymierzeńcami, królem-słońce i Półksiężycem, do małego zaćmienia z powodu incydentu morskiego pod Chios, który o mało co, a doprowadziłby do wojny. Ludwik XIV jednak potrafił zdobyć się na pokorę, jeśli wymagała tego racja stanu i jego list przepraszający do sułtana z 12 lutego 1682 roku podziałał w ten sposób, że zbrojenia Porty obróciły się jednakże przeciw Węgrom.

Oczywiście francuscy dyplomaci musieli dzielnie i solidnie pracować nadal, aby zapobiec nagłemu wybuchowi pokoju na terenach naddunajskich. Thokoły odnowił w grudniu 1681 roku, zawieszenie broni z cesarzem, Apafi szukał zbliżenia z Austrią. Pojednanie węgierskiego narodu z Habsburgami o mało nie zostało przypieczętowane na sejmie w Sopronie. Gabinet z Wersalu bez swych niezawodnych sojuszników, błyszczących dukatów i ciemnych wiedeńskich biurokratów, popadłby w ciężkie tarapaty. Zadowólmy się tylko świadectwem Buonvisiego o cesarskich ministrach, podług którego niszczyli oni każdy słuszny kompromis między panującym a jego węgierskimi poddanymi. Co zaś się tyczy francuskich subsydiów, to komedia intryg, związana. z ich potajemną przesyłką, rozgrywała się po części na polskiej ziemi. Vitry musiał czynić wypłaty Du Yernayowi i bezpośrednio madziarskim przywódcom. Niekiedy brakowało mu tchu, wówczas trzeba było podejmować u Morsztyna pożyczki, aby utrzymać kuruców w dobrym nastroju. Kiedy zdawało się, że znużenie wojną w przypadku Thokołyego nie da się już inaczej wyleczyć, Ludwik XIV sięgnął do "poważnych środków". Obiecał przez Vitry'ego 100000 talarów, jeżeli ożyje znowu walka z Leopoldem I. Tym sposobem osiągnięto upragniony skutek. Pod koniec lutego 1682 roku Thokoły wysłał pełnomocnika Nemesanyego do Jaworowa i powiadomił króla Polski, że wznowi nieprzyjacielskie działania przeciwko Habsburgom zaraz po odwilży. Sobieski odprawił emisariusza przyjaźnie i do kwietnia nie wychylił się ze swej ostrożnej neutralności.

Wówczas to zaszły wydarzenia, które nie pozwoliły Janowi III na dłuższe wyczekiwanie. Nic nie dowodzi lepiej, że król nie kierował się ani rodzinnym egoizmem, ani zwykłą żądzą pieniędzy, ani też próżnością, niż moment, w którym stanął po austriackiej stronie, i przyczyny, z powodu których to uczynił. Francuskie subsydia nie nadchodziły, tytuł książęcy dla d'Arquienów powiązany był z upokarzającymi warunkami, siostra Marysieńki, Mme de Bethune, po powrocie do ojczyzny została wypędzona do swoich posiadłości, życzenie Marysieńki, by pojechać do wód w Bourbon, spotkało się z niegrzeczną odmową; żadna z tych spraw nie skłoniła Sobieskiego do odwrócenia się od Francji. Ambasadorzy Ludwika XIV dręczyli polskiego monarchę w sprawie układu sojuszniczego, który można by było słusznie określić jako pactum subiectionis (układ poddawania się). Jan III nie stracił cierpliwości i kiedy już nie można było unikać odpowiedzi, przy pożegnaniu z Forbinem, pod koniec lipca 1681 roku, ograniczył się do tego, by tekst tego sojuszu odrzucić grzecznie i zdecydowanie. Wyłożył biskupowi dokładnie, że Polska nie może udzielić wymaganej od niej pomocy dla węgierskich wasali Porty ani w wypadku największej potrzeby nie zrezygnuje ze wspólnej z cesarzem obrony przeciw osmańskiemu najazdowi. Tego jednakże, co Sobieski odrzucał, żądał Wersal, a nawet jeszcze więcej. Król nie powinien zawierać żadnego układu z domem Austrii bez poproszenia o pozwolenie Ludwika XIV; Francja ma prawo żądać od Polski wsparcia wszystkimi siłami, jeżeli dom Burbonów zostałby zaatakowany przez Austrię albo zakłócony porządek w posiadanych krajach, prawach i roszczeniach, które Ludwik XIV nabył w Niemczech na podstawie pokoju z Munster i Nimwegen. (Przy tej wieloznacznej redakcji układu Sobieski miał po prostu stawać na każde zawołanie, na przykład nawet wtedy, gdyby konflikt z cesarstwem o reunion (przyłączenie) Strasburga miał doprowadzić do wojny).

Wobec takiego poglądu Francji na obowiązki sojusznika Jan III musiał bronić żywotnych interesów Polski. Łączył tak długo i tak dobrze, jak się tylko dało, szczere przywiązanie do Francji ze swoim obowiązkiem władcy polskiego królestwa. Ani raporty znakomitego posła w Istambule Proskiego, który ostrzegał przed tureckimi przygotowaniami do najazdu na Polskę, ani ponaglające ostrzeżenia cesarskiego pełnomocnika Zierowskiego, ani domowe sceny, które Marysieńka robiła małżonkowi, ani namowy przychylnych Austriakom doradców nie skłoniły Sobieskiego do nadmiernego pośpiechu. Z właściwą sobie roztropnością uchylał się od decyzji; kiedy jednak zaistniała jej konieczność, wówczas król błyskawicznie dokonywał wyboru i nikt już nie był w stanie zmienić jego przekonania.

Po misji Nemesanyego udał się Jan III w połowie kwietnia 1682 roku na polowanie do swoich ruskich posiadłości. Monarcha chciał tam z całym spokojem rozważyć sytuację i ponegocjować z cesarskim rezydentem. Sobieski, używając wymówki, powstrzymał natrętnego Vitry, który chciał mu towarzyszyć. Francuski ambasador obawiał się z pewnością, że jego austriacki kolega planuje jakiś niemiły kawał, lecz naiwny markiz był niezmiernie daleki od tego, by przeczuć, co się dzieje w duszy króla. Już z marszruty wynika jasno, o co tu chodziło. Król po wielu latach, może nawet po dziesięcioleciach, jechał po raz pierwszy na zamek Olesko, gdzie się urodził i gdzie były przechowywane relikwie jego przodka, przeciwnika Turków Żółkiewskiego, wizytował wszystkie twierdze, które miały stawić opór najazdowi Osmanów i Tatarów. Podczas tej podróży omówił z Zierowskim raz jeszcze wszystkie szansę sojuszu z cesarzem, czytał raporty polskiego ambasadora w Moskwie i rozważał sumiennie korzyści i ryzyko tej trudnej decyzji, którą miał podjąć. Wówczas nadeszła wiadomość wzbraniająca dłuższego wahania: Thokoły, któremu dzięki jego zamierzonemu małżeństwu z piękną Heleną Zrinyi, wdową po Rakoczym, wpadł w ręce cały obszar południowego Przedkarpacia, uznał się wasalem sułtana.

Polityczne i militarne następstwa tego aktu hołdowniczego dawały się odczytać z mapy: Polska wzdłuż całej swej południowej granicy otrzymała nowego sąsiada - osmańskie imperium. Kraków znalazł się w zasięgu tureckich wypraw rabunkowych i groził mu los Kamieńca; odtąd muzułmanie mogli z dwóch stron zalać wojskiem Polskę i z obszaru górnowęgierskiego wedrzeć się do samego serca królestwa, dokąd wcześniej nigdy nie docierali. Teraz ustały wszelkie względy dla Francji. Dostawy dla podopiecznych Ludwika XIV, którzy jednocześnie byli żołnierzami islamu, oznaczały tyle, co dostarczanie własnemu wrogowi ludzi, pieniędzy, amunicji i żywności.

Sobieski po swoim powrocie z południowo-wschodniego pogranicza przekazał Vitry'emu swoje przemyślenia, które od tej pory wzbraniały królowi tolerować pomoc dla Thokołyego i Apafiego. Du Yernay, francuski agent w Siedmiogrodzie, musi wynieść się stamtąd do Warszawy albo do kraju, w którym złożył listy uwierzytelniające. W końcu Jan III oświadczył, że wobec tureckich zbrojeń jest zmuszony sprzymierzyć się z cesarzem i odtąd mieć szczególny wzgląd na Austrię. Vitry słyszał tylko w tych informacjach, których mu udzielano kilkakrotnie w okresie między kwietniem a sierpniem, niezadowolenie Sobieskiego z powodu zwlekania z nadaniem tytułu książęcego d'Arquienom i niespełnionych żądań pieniężnych. Prawdziwa bieda i utrapienie były z tym nieudolnym, ograniczonym człowiekiem, który oprócz francuskiego nie rozumiał ani słowa w żadnym innym języku, nawet po łacinie, który po ponad rocznym pobycie w Polsce nie miał najmniejszego pojęcia o tym kraju i w którego głowie nie mieściły się wcale inne sprawy, prócz sporów o rangę, łapówek i głębokiej czci dla Ludwika XIV. Vitry, który miał styczność z niewidoma tylko, znającymi język francuski, magnatami, nie zauważył nic ze zmian zachodzących dokoła. Zaprzeczał aż do późnej jesieni 1682 roku istnieniu układów między Sobieskim i dworem cesarskim, chociaż z Wersalu przekazano mu na ten temat doniesienia z innego źródła. Poza tym ambasador był całkowicie spokojny: jeśliby nawet Sobieski postąpił w tak niepojęty sposób i zamiast być ślepo posłuszny największemu ze wszystkich monarchów zadał się z tym nędznym Habsburgiem, wówczas wystąpi przeciw temu niewdzięcznemu królowi Polski niezłomna falanga. Zwolennicy kursu francuskiego staną jak jeden mąż, aby bronić polskiej wolności i zagwarantowanych im przez Ludwika XIV rent rocznych.

Pod koniec maja 1681 roku Forbin i Vitry zestawili taką pierwszą listę filarów utrzymania francuskich wpływów. Pojawiają się na niej Jabłonowski, Hieronim Lubomirski, marszałek nadworny Sieniawski, Grzymułtowski, znany towarzysz broni Sobieskiego Polanowski i wojewoda krakowski Potocki, pobierający w sumie 50000 franków rocznej pensji; do tego kanclerz wielki Wielopolski - co do którego, mimo jego wątpliwego zachowania się podczas sejmu, istnieje pewność, że "wróci do pierwotnego przywiązania do Francji", Morsztyn, który działa "jak poddany,Jego Majestatu" [Ludwika XIV]; prawie wszyscy biskupi, marszałek wielki Stanisław Lubomirski, wielka liczba wojewodów "żywiących przychylność do Francji" i prócz hetmana koronnego Dymitra Wiśniowieckiego i Paców, którzy są "bardzo austriaccy", nie ma tu żadnych przeciwników Francji. Również obok Paców najpotężniejsi litewscy magnaci, Sapiehowie, zachowują najwierniejszą postawę wobec dworu Burbonów.

W tym stanie rzeczy, zdaniem Vitry'ego, nie zmieniło się wiele również w rok później, prócz tego, że w - kwietniu 1682 roku śmierć wydarła Habsburgom jedną z ich głównych podpór, hetmana Paca, podczas gdy druga, hetman koronny Wiśniowiecki, zdaje się stać nad grobem. Przewidywany następca tego austrofila, Jabłonowski, uważany był przez Francuzów za wyjątkowo godnego zaufania człowieka, a mianowicie dlatego, że pobierał znaczną pensję z Wersalu i dążył do następstwa tronu po Sobieskim. Z początkiem, lutego 1682 roku, kiedy pojawiły się u Jana III pierwsze symptomy choroby, wojewoda ruski na potajemnej rozmowie prosił ambasadora o poparcie w razie interregnum; przy tym ten kandydat do korony rozpływał się w zapewnieniach swej wierności i wdzięczności.

Jak jednak naprawdę wyglądały te podpory francuskiej polityki w Polsce? Przypomnijmy sobie postawę Wielopolskiego, Jabłonowskiego i Hieronima Lubomirskiego na sejmie z 1681 roku, wtedy będziemy bardziej zdumieni łatwowiernością Vitry'ego niż tym, co nam odsłonią wiedeńskie akta. Pensja Jabłonowskiego wypłacana przez dwór cesarski została podniesiona z początkiem września, gdy zmarł Wiśniowiecki, a wojewoda ruski miał otrzymać jego urząd, z 3000 do 6000 guldenów. Kanclerz wielki Wielopolski bawił w lecie jako gość Leopolda I w śląskim kąpielisku Jelenia Góra, gdzie obsypywany wszelkimi możliwymi uprzejmościami i grzecznościami uległ całkowicie wpływom austriackim, Hieronim Lubomirski został zwerbowany do cesarskiej armii jako generał w zbliżającej się wojnie z Turkami i wyznaczony na dowódcę polskiego korpusu posiłkowego. Sapiehowie przysłali Vitry'emu, ku jego największej zgrozie, oświadczenie, że wobec słusznych skarg Jana III nie mogą już, jako jego wierni i winni "tu wdzięczność poddani, bronić sprawy francuskiej. Z klientów "Wersalu tylko Morsztyn pozostał wierny chorągwi z liliami.

Sobieski, który znał dobrze swoich rodaków, odstręczył od Francji wszystkich jej zwolenników, czego nie dostrzegł zupełnie ambasador. Król pozyskiwał magnatów przez dostojeństwa ł pieniądze, powołując się na dawną przyjaźń lub budząc uczucia patriotyczne i religijne. Zwykłej szlachcie nie trzeba było wielu namów. Opowiadała się ona - wyjąwszy jedynie Wielkopolan, którzy uroili sobie, że są bezpieczni przed muzułmanami, lecz mieli stracha przed Fryderykiem Wilhelmem brandenburskim - za sojuszem z cesarzem i za otwartym aktywnym odparciem niewiernych, dopóki nie jest za późno.

Na południowo-wschodnim pograniczu narastało oburzenie z powodu tego, że francuski agent Du Vernay przebywa w obozie węgierskich rebeliantów; narastało ono tak bardzo, iż ów począł się obawiać o swoje życie. Polskie władze poprosiły go o wyjazd, aby uniknąć linczu. Duchowieństwo, powodowane przez nuncjusza i biskupów, popierało te działania. Każda nowa wiadomość z Węgier wzmagała niepokój i zapał do walki.

Na początku lipca Thokoły rozpoczął działania wojenne. Zdobył Koszyce, jego dzikie hordy pustoszyły, nie oglądając się na prawo narodów, Spisz. Budzące grozę okrucieństwa tych godnych Tatarów sojuszników budziły w Polsce gniew i rozgoryczenie. Kiedy na dodatek jeszcze 10 sierpnia Thokoły został przez sułtana podniesiony do godności króla Węgier, resztki sympatii Sobieskiego dla tych ludzi, obecnie lenników padyszacha, przepadły. Był gotów teraz zgodzić się na sojusz z cesarzem, nawet jeśliby to miało rozgniewać Francuzów.

powrót

Austriackie przymierze

Na polowaniu w kwietniu Jan III i Zierowski postanowili poczekać jeszcze z zawarciem układu i ograniczyć się tymczasem do faktycznej współpracy przeciwko zagrożeniu tureckiemu. Główna przeszkoda w realizacji sojuszu nie została jeszcze usunięta - na dworze cesarskim obstawano przy jego defensywnym, a w Polsce przy ofensywnym charakterze. Dołączyło się do tego jeszcze i to, że w królu polskim nie wygasły frankofilskie uczucia i że na dworze cesarskim potężne stronnictwo hiszpańskie chciało. wyczerpać najpierw wszelkie pokojowe środki wobec Turków, zanim się zgodziło na wojnę z Porta, i przez to ograniczyło swobodę poczynań przeciwko Francji. Tak więc tu uwielbienie dla Ludwika XIV, tam nieufność do niego stawały na drodze do austriacko-polskiego przymierza.

Dopiero przebieg misji hrabiego Caprary w Istambule skłonił cesarskich ministrów do decyzji, która w Sobieskim dojrzała pod wpływem krwawych wydarzeń na południowym stoku Karpat. Cesarskiemu posłowi powiodło się u Porty podobnie jak kilka lat wcześniej Polakowi Gnińskiemu. Megalomański Kara Mustafa odrzucał grubiańsko i ż uporem propozycję każdego ustępstwa. Do takiej postawy zachęcili go Francuzi. W swym pamiętnym piśmie z 8 kwietnia 1682 roku Ludwik XIV nakazywał swemu pełnomocnikowi Guilleragues'owi zapewnić wielkiego wezyra o całkowitej neutralności Francji w czasie wojny turecko-austriackiej, a nawet nakłonić Osmanów do napaści na cesarza. Niepotrzebne więc już były wygłaszane z fałszywą prostodusznością ostrzeżenia tegoż Guilleragues'a, skierowane do Caprary, aby przekonać go o nieuchronności walki z sułtanem.

Ostrzeżona raportami z Konstantynopola Tajna Konferencja Wiedeńska poleciła Zierowskiemu przygotowanie do podpisu układu z Polską. Potrzeba chwili spowodowała po obu stronach odpływ wszelkich namysłów. Austria była gotowa przystać na sojusz ofensywny, Polska aprobowała teraz nawet przymierze defensywne. I tak partnerzy doszli do porozumienia w ciągu zaledwie kilku dni. Pertraktacje w Jaworowie, w których uczestniczyli tylko: para królewska, Jabłonowski i Gniński, poza tym jedynie nuncjusz Pallavicini o nich wiedział, doprowadziły do sporządzenia paktu. W połowie września wysłano tekst do Wiednia, gdzie wkrótce potem został zasadniczo zaaprobowany, formalne zatwierdzenie zaś nastąpiło w październiku. Przymierze to musiało, oczywiście, by nabrać mocy prawnej, być przedłożone na sejmie, który miał się zebrać po l stycznia 1683 roku. Jan III zobowiązał się tymczasem do użycia całego swego wpływu, aby osiągnąć aprobatę sejmu, natomiast austriacki ambasador nadzwyczajny hrabia Waldstein otrzymał pełnomocnictwo Uwzględnienia żądań polskiego parlamentu dotyczących mało istotnych zmian.

Za prolog do zaciekłej walki, którą spodziewano się stoczyć, z francuskim stronnictwem, należy uważać dyplomatyczne potyczki polskiego dworu i Zierowskiego z przedstawicielami Ludwika XIV jeszcze przed nastaniem sesji sejmowej. Po uzgodnieniach między Janem III i Zierowskim dalsza działalność Du Vernaya była nie do pomyślenia. Znakomita pod tym względem kontrola poczty dostarczyła do rąk Sobieskiemu wiele depesz francuskiego agenta, z których jasno można było określić jego zadania. Kierował on z polskiej ziemi walką górnowęgierskich rebeliantów z cesarskimi oddziałami, dostarczał pieniędzy, amunicji i prowiantu, krótko mówiąc: robił to samo, co Bethune'owi w innych układach wolno było bezkarnie czynić, co jednak teraz, w państwie sprzymierzonym z Leopoldom I, było zakazane. Ponieważ nie można się było pozbyć inaczej tego dzielnego i żądnego bitki człowieka, posunięto się do skandalu.

6 października 1682 roku polski król zebrał obecnych w Jaworowie wielmożów. Przed nimi i w obecności zaproszonych na to widowisko francuskich dyplomatów, ambasadora Vitry i Du Vernaya, Zierowski wygłosił gwałtowną mowę oskarży cielsk ą przeciwko knowaniom dwóch wyżej wymienionych i zażądał ich wydalenia. Zaatakowany nie zaszczycił przeciwnika żadną odpowiedzią, lecz walczył z przeznaczeniem tak długo i tak dobrze, jak to tylko było możliwe; wreszcie uległ jednak groźbie jawnej przemocy i udał się w połowie listopada do Gdańska. Tak więc kontakty między dworem w Wersalu i jego węgierskimi podopiecznymi zostały zerwane. Najważniejsza, ba, jedyna sprawa, z powodu której Ludwikowi XIV wciąż jeszcze zależało na dobrych stosunkach z Sobieskim, przestała tym samym istnieć.

Dlatego próba polskiego króla utrzymania dobrych stosunków z Francją również po zawarciu przymierza z Wiedniem nie miała szans powodzenia. Jan III odrzucił na początku grudnia 1682 roku przedłożoną mu przez Vitry'ego propozycję, by za rentę roczną w wysokości 100000 liwrów nadal popierał Thokołyego i ułatwiał mu kontakt z Zachodem przez polskie terytorium, jednakże zaproponował swoje pośrednictwo między Leopoldom I i Ludwikiem XIV. Tym razem wprawdzie pomysł ten wyszedł od Zierowskiego na polecenie cesarskiego dworu, lecz odpowiadał idei, którą Sobieski był owładnięty. Król Polski wciąż zabiegał o jedność chrześcijaństwa; wciąż natykał się na ten sam uświęcony egoizm' Ludwika XIV. Podobne zaproszenie do rozmów o rozejmie między Habsburgiem a Burbonem przedstawił kilka miesięcy wcześniej w Wiedniu kapucyn Marco d'Aviano francuskiemu ambasadorowi Sebeville; jednocześnie w Rzymie papież wygłosił pouczające kazanie kardynałowi d'Estrees na temat udziału Francji w wojnie tureckiej, w którym zaznaczył, że Ludwik XIV mógłby nawet zdobyć dla siebie tron cesarza wschodniorzymskiego. Lecz jeżeli ani Najwyższy Pasterz, ani mnich cudotwórca nie znaleźli posłuchu, czegóż mógł oczekiwać ten buntujący się małżonek niewdzięcznej panny d'Arquien? Wszystkiego, oprócz przyjęcia swoich uczciwych usług pośrednika.

Najpierw więc natarcia ze strony francuskiego stronnictwa, którego siłę i wojowniczość sławił w swoich raportach Vitry. W instrukcji z 26 listopada polecono ambasadorowi od ręki udaremnić powstanie ligi przeciw Turkom, przy czym współpracować ściśle z brandenburskim posłem i zapewnić sobie pomoc kilku wybranych najemników. Następne pismo Ludwika XIV, z 8 stycznia 1683 roku, grzmiało z wysokości wersalskiego Olimpu: "Vous jugez bien que la mediation de ce Prince [Jana III] ne convient ny a mes interestz ny a l'estat, ou se trouvent a present les differens que j'ay avec l'Empire." (Słusznie uważasz pan, że mediacje tego władcy [Jana III] nie odpowiadają ani moim interesom, ani stanowi, w jakim znajdują się obecnie moje spory z Cesarstwem.) I jako tej mądrości ostateczny wniosek; jeśli na sejmie da się zauważyć, że mogą zapaść szkodliwe dla Francji uchwały, wówczas Vitry musi przez liberum veto zerwać to zgromadzenie.

Podczas panowania poprzednich królów tego rodzaju instrukcja, wydana ambasadorowi przez jedno z trzech mocarstw najbardziej poważanych w Polsce - Austrię, Francję czy Brandenburgię, przypieczętowałaby los sejmu, a tym samym ligi. W tym właśnie widać całą przemianę, która nastąpiła pod rządami Sobieskiego, że tak pieniądze, jak i złe słowa utraciły swą wszechmoc. Morsztyn, ucieleśnienie wszelkich złych instynktów i wszystkich złych przymiotów, którymi się posługiwała i którym podlegała polska oligarchia, pisał w jednym ze swoich przechwyconych listów do francuskiego dyplomaty Callieres'a: W Polsce można wszystko osiągnąć przekupstwem, "vous pouvez reprendre le Roi si vous n'epargnez pas la poudre ou plutot les boules d'or" (możesz pan pozyskać na nowo Króla, jeśl nie będziesz szczędził prochu, a raczej złotych kulek). Podczas audiencji, na której Vitry ofiarowywał Sobieskiemu roczną pensję w wysokości 100000 liwrów za zdradę sprawy chrześcijaństwa, Jan III odparł wytrąconemu zupełnie tym z równowagi ambasadorowi "honnestement, mais avec beaucoup de froideur" (uprzejmie, ale bardzo chłodno), że on, Sobieski, jest za tę propozycję Ludwikowi XIV bardzo zobowiązany, jednakże nawet pieniądze nie są w stanie skłonić go do działania, które on uważa za nie do pogodzenia ze swoimi obowiązkami wobec siebie samego. Ten sam Morsztyn, przepowiadał 5 grudnia 1682 roku: "la ligue est faite dans le cabinet, elle sera rompue dans la dietę." (ligę zawiązano w gabinecie, na sejmie będzie zerwana) Zobaczymy, jak to się wówczas stało. Zdumionym współczesnym słusznie się mogło wtedy wydać prawdą, że ten król, który dokonał tak wielkiego cudu, był więcej niż człowiekiem; że to czarodziej kazał zmartwychwstać przeszłej wielkości i przywrócił ją całemu narodowi.

Dziennik Leopolda I z roku 1683, który habsburskie archiwum rodzinne przechowywało aż do czasu drugiej wojny światowej, zawiera astrologiczną przepowiednię na ów rok decydujący o losie europejskiego świata, a Austrii szczególnie: "Szlachetny pokój zagości na stałe w tymże roku. Wielce szkodliwi nieproszeni goście nie będą mogli wetknąć nawet nosa." Wieszczy dar niemieckich astrologów nie miał, oczywiście, większej wagi niż ten cynicznych polskich mężów stanu, którego przykładem, jest fragment listu Morsztyna niż dar przewidywania francuskich dyplomatów, z którym się zaraz zapoznamy dzięki raportom Vitry'ego.

Ambasador ten zapewniał nawet w przeddzień sejmu, że Jan III nie poczynił jeszcze żadnych trwałych ustaleń z cesarzem; oświadczał, że senatorowie i posłowie ziemscy nie podejmą żadnej uchwały dotyczącej przymierza z Austrią, zanim Ludwik XIV nie zadecyduje swym autorytatywnym słowem o wojnie lub pokoju. Wreszcie 30 stycznia 1683 roku stwierdził, że wraz ze swoimi przyjaciółmi: Morsztynem, Stanisławom Lubonnrskim i biskupem krakowskim Małachowskim, jest na tyle silny, by przeszkodzić powstaniu-planowane j przez Sobieskiego ligi. już chociażby dlatego, że powszechną niechęć wzbudziły absolutystyczne skłonności króla, które doszły do głosu w tekście umowy z Wiedniem. W tym względzie można też liczyć na poparcie Brandenburgii i hohenzollernowskich klientów w Polsce, z Grzymułtowskim na czele.

Jeśli chodzi o pogląd na postawę Wielkiego Elektora i oddanych mu Wielkopolan, Vitry miał rację. Francję i Brandenburgię łączył układ sojuszniczy z 22 stycznia 1682 roku, wymierzony przeciwko cesarzowi i dotyczący wspólnego, zgodnego postępowania w Polsce. Jeszcze bardziej niż ten pakt zobowiązywał Hohenzollerna i jego przyjaciół ich własny interes, który przeciwstawiał się zarówno wzrostowi potęgi rodu Sobieskich, jak i zażegnaniu tureckiego niebezpieczeństwa drogą zwycięskiej ofensywy zbrojnej. Od lat powtarzał Grzymułtowski swe skargi, "ne arma quae paranturur in Antonium in Rempublicam convertantur" (aby broń, którą gotuje się na Antoniusza, nie obróciła się przeciw Rzeczypospolitej), że wojna turecka jest dla Sobieskiego tylko pretekstem, by zebrać wojsko i z jego pomocą zdobyć jedynowładztwo w państwie. Wespół z brandenburskim agentem Scultetusem podjudzał wojewoda poznański szlachtę przeciwko absolutum dominium, przeciwko zamierzonemu tworzeniu monarchii dziedzicznej. Po sejmie z 1681 roku walkę polityczną Hoverbecka - najbardziej lojalnego z brandenburskich przeciwników Jana III; ten poseł kurfirsta musiał się wkrótce wycofać z powodu choroby, zaraz potem zresztą zmarł - prowadzili za pomocą broszur i przemówień Scultetus, Grzymułtowski, Breza i Przyjemski. Z nastaniem zimy 1682 roku rozważano jednak możliwość chwycenia za broń. Brandenburska dyplomacja i jej polscy pomocnicy byli to ludzie innego formatu umysłowego i dużo lepiej znali ten, kraj niż nieszczęsny Vitry. Przewidywali apel Sobieskiego do pospolitego ruszenia, wiedzieli dobrze, że król ten nie upatruje celu swych rządów w kołpaku książęcym dla d'Arquienów, na przykład, i w królewskim napiwku od obu politycznych rywali.

Kiedy w kwietniu 1682 roku zmarł hetman litewski Pac, partia kurfirsta chciała wywołać zamieszki, aby armia "Wielkiego Księstwa nie dostała się pod dowództwo człowieka przyjaznego dla warszawskiego dworu. Powstania zaniechano i okazało się później, że Grzymultowski miał w tym wypadku rację, albowiem Wierni królowi z początku Sapiehowie stali się jakby automatycznie spadkobiercami tradycji swych poprzedników i przeciwników, Paców. W każdym razie klienci Fryderyka Wilhelma przedsięwzięli środki, aby ich nie zaskoczyły przyszłe wydarzenia, i byli bardzo dalecy od nieświadomości Vitry'ego, nie świadczącej o bystrości umysłu. Orientowali się świetnie we wszystkich przemianach i powiązaniach, których śladów na próżno byśmy szukali w raportach francuskiego ambasadora. Jako ludzie ostrożni kontaktowali się ze sobą oraz ze Scultetusem i Wichertem, dwoma brandenburskimi agentami, tylko ustnie lub za pomocą listów szyfrowanych, albowiem "żadne commercium litterarum (porozumienie listowe) nie jest, już pewne i król wszelkie listy mdistmcte (bez różnicy), które tylko wyłapać jest w stanie, otwiera". Oczywiście ich nieufność nie posunęła się tak daleko, żeby zdać sobie sprawę z niedostateczności każdego tajnego szyfru.

Osiągnięcia dyplomatycznego kontrwywiadu tworzą w historii austriacko-polskiego przymierza najistotniejszy i najbardziej fascynujący rozdział. Sobieski kontrolę korespondencji swych zagranicznych i krajowych opozycjonistów doprowadził do wirtuozerii. Poczmistrze, przede wszystkim w Warszawie, w Gdańsku, w Krakowie i w nadgranicznych miastach, mieli polecenie, żeby zatrzymywać i odsyłać wszystkie podejrzane pakiety. Wobec kurierów obcych dworów, chronionych przed każdym wglądem do ich poczty prawem międzynarodowym, i wobec akredytowanych w Polsce posłów stosowano znakomity środek uzyskiwania informacji: kazano "rabusiom" napadać na posłańców. Przy najmniejszej próbie oporu lub jeśli obawiano się późniejszych zeznań pobitego, zabijano go. Ten system, który był zasadniczo stosowany w owym czasie przez wszystkie państwa, wymagałby doskonałej organizacji, opierającej się na szeroko rozgałęzionej sieci szpiclów, gdyby Jan III nie miał w swojej służbie człowieka, którego w rozszyfrowywaniu tajnych pism nie prześcignął żaden jego współczesny; był to opat Hacki, syn mieszczanina z Bydgoszczy. Oprócz tego dwór warszawski był w sojuszu z wiedeńskim gabinetem, a cenzura pocztowa uchodziła zawsze za jedno z najświetniejszych dokonań narodowego rzemiosła Austrii. Jeżeli to "per lustrowanie" politycznej korespondencji dla cesarskich ministrów było bardzo użyteczne, to dla Sobieskiego oznaczało ono najpilniejszą konieczność życiową. Każdy polski król, który chciał faktycznie sprawować swoją władzę, musiał nieprzerwanie mieć się na baczności i kontrolować knowania swych przeciwników, ich nigdy nie ustające sprzysiężenia.

Dzięki materiałowi, który otrzymał do dyspozycji przez współpracę własnej i austriackiej cenzury pocztowej, Jan III pokonał w decydującym momencie swoich polskich wrogów. Wiedeń od rozpoczęcia poważnych pertraktacji nad sojuszem polecił przechwytywać korespondencję Morsztyna z Francją. Dwa tuziny listów do francuskich mężów stanu zostały zatrzymane między wrześniem 1682 a marcem 1683 roku przez czarny gabinet dworu cesarskiego. Dalsze obciążające dokumenty dostały się na polskiej ziemi w ręce Zierowskiego, tak więc korespondencja Du Vernaya, której treść spowodowała opisany już wyżej incydent, następnie kopie wszystkich polskich listów Morsztyna, wreszcie również cała korespondencja Vitry'ego z jego zleceniodawcami i z polskimi magnatami. Sekretarz podskarbiego wielkiego od końca stycznia 1681 roku dostarczał odpisy austriackiemu posłowi; wiemy o tym z raportów Zierowskiego z 4 lutego i 2 marca tego samego roku. "Przechwytywanie francuskich i węgierskich listów" rozpoczęło się dopiero w sierpniu 1682 roku, kosztowało według rachunku Zierowskiego, do połowy września 499 guldenów 36 krajcarów i wkrótce stało się zbędne, ponieważ Du Vernay oddalił się do Gdańska. Dużo kosztowniejszy był wgląd we wszystkie akta Vitry'ego. Austria zapłaciła za to "francuskim służącym królowej" i "jednemu znamienitemu konfidentowi" 9251 guldenów - tylko za rok 1682. Kiedy do nieświadomego ambasadora nadeszła wiadomość z Wersalu, że go zdradza jeden z jego sekretarzy, Vitry nie stracił jednak wiary w moc czarodziejską nowego "nieznanego" szyfru. Później, podczas sejmu, aby uniknąć napaści polskiego dworu, posługiwał się on kurierami brandenburskimi, a kiedy również ci byli obrabowywani przez "włóczęgów", którzy dziwnym sposobem właśnie upatrzyli sobie dyplomatyczne depesze, nie miało już znaczenia, czy ktoś czytał raporty Vitry'ego.

Polityczna walka wewnętrzna między Sobieskim i francusko-brandenburskim stronnictwem przypominała zmagania dwóch wodzów, z których jeden dowiadywał się o każdym planowanym posunięciu przeciwnika, podczas gdy ten drugi co do zamiarów wroga błądził wciąż po omacku. Albowiem również agenci kurfirsta znali tylko ogólne cele Jana III, lecz nie znali jego strategicznych i taktycznych planów. W każdym razie hohenzollernowska asysta i poplecznicy zrobili wszystko, co możliwe, aby nie dopuście do powstania ligi. Fryderyk Wilhelm dążył do tego, by jeszcze przed rozpoczęciem warszawskiej sesji parlamentarnej wysadzić z siodła nieudolnego Vitry'ego, jednakże markiz siedział pewnie, z niewyjaśnionych przyczyn chociaż Ludwik XIV i Colbert de Croissy nie mieli złudzeń co do wartości swojego przedstawiciela i jego działalności. Pozostawiona przez Francję bez wsparcia Brandenburgia ograniczyła się do działania we własnym zakresie. Scultetus i Wichert działali tak skutecznie na sejmikach w Wielkopolsce, że wiele tych zebrań wyborczych zostało zerwanych, na innych szlachta dała swym delegatom do Warszawy następujące instrukcje: "Starać się, żeby nie doszło do zwiększenia armii" i "nie zgadzać się na żadną wojnę". Pośród posłów ziemskich zachodnich prowincji możemy spotkać Przyjemskiego, Brezę, Galeckiego, którzy wespół z senatorami pokroju Grzymułtowskiego zdawali, się gwarantować bardziej zdecydowany i pewniejszy opór przeciwko absolutyzmowi i projektom przymierza Sobieskiego z Austrią niż chwiejące się filary francuskiej polityki.

Inauguracja sejmu z 27 stycznia 1683 roku zastała cały kraj w namiętnym wzburzeniu. Sobieski, z właściwą sobie niezrównaną znajomością polskiej duszy, pokierował propagandą na rzecz przymierza. W instrukcji dla sejmików, które wybrały w grudniu posłów, jasno wyłożył szlachcie wpływ górnowęgierskich wydarzeń na sprawy Polski. Te jego wyjaśnienia spotkały się z większym zrozumieniem u szlachty niż u Vitry'ego, któremu przedstawiono je wcześniej. Sobieski mówił o napadzie kuruców na Śląsk, na polskie Karpaty i Spisz, przedstawiał grozę turecką i wreszcie żądał środków na opłacenie i wzmocnienie armii, ze względu na nieuniknioną walkę z odwiecznym wrogiem chrześcijaństwa. Ten urzędowy dokument uzupełniały liczne polemiki, z których szczególnie "Lettre de M. L. ou l'on voit les pratiques des Francois avec les Hongrois et les Turcs" (List pana L., w którym widać, akie są metody postępowania Francuzów z Węgrami i Turkami) była przeznaczona dla oświecenia zagranicy. Masy szlacheckiej nie trzeba było oświecać dyplomatycznymi książkami z obrazkami; tym zwykłym nieskomplikowanym patriotom z instynktu i zdrowego rozsądku wystarczył następujący, ustawicznie powtarzany dowód: Polska nie może żyć spokojnie, gdy jej granice dostały się pod tureckie panowanie. Wystarczy spojrzeć na Wenecję i Kretę, na teren naddnieprzański należący do Moskwy, na własne tereny Podola. Teraz jest łatwiej odeprzeć Portę niż później, kiedy trzeba będzie walczyć samemu z jej przewagą. Turcy nie dotrzymują przecież żadnych układów pokojowych. Dlatego też należy zawrzeć przymierze z Austrią, a poza tym cesarzowi należy się wdzięczność za pomoc w wydarzeniach sprzed dwudziestu pięciu lat.

Przeciwnicy ligi odpowiedzieli na to licznymi ulotkami, między innymi zatytułowaną Considerationes ob ąuas colligatio cum Caesare videtur non necessaria, imo damnosa Reipublicae (Uwagi, z których widoczne jest, że liga z cesarzem nie jest niezbędna, a nawet szkodliwa dla Rzeczypospolitej). Austria nie chce ani nie może prowadzić wojny z Turkami; przymierze z kimś skazanym na zagładę, jak cesarz, to samobójstwo; wałki z Osmanami wciągną wroga aż do serca Polski; Habsburgowie mają pełne ręce roboty z Francją i dlatego cały ciężar wyprawy przeciw niewiernym spadnie na Polskę, krótko. Rzeczpospolita weźmie na siebie tylko grozę wojny i nie powinna się spodziewać po Leopoldzie I ani wsparcia, ani przychylności. Dla uważnego obserwatora atoli jeszcze przed rozpoczęciem sejmu sprawa była jasna, że argumenty przeciwników wojny wywołały wrażenie jedynie na ich terenach, w wielkopolskich prowincjach, podczas gdy gdzie indziej dwór miał za sobą opinię publiczną.

Sejmik w Haliczu, okolicy, która pierwsza musiałaby ucierpieć pod każdym najazdem Turków, mógł uchodzić za głos całego narodu, gdy ofiarowywał królowi "pectora" (serca) i "siły" i z niezwykłym wprost zapałem godził się ofiarować nie tylko krew, lecz i majątek, nie tylko służyć orężem, lecz zaaprobował również podatki. Jeśli chodzi o polityczną prognozę, to jednak rację miał mądry Morsztyn, kiedy stwierdził: "tout va a la rupture avec la France", i potem dodał: "j'ay mis les affaires dans l'estat de faire la guerre a la cour. C'est a M. de Vitry a en disposer." (wszystko zmierza do zerwania z Francją... przygotowałem sprawy do prowadzenia wojny z dworem. Do pana Vitry należy decyzja) Wojna między dworem i opozycją, między Polską i Porta, między odwiecznymi przeciwnikami, Habsburgiem i Burbonem, wzięła swój początek z dyplomatyczno-parlamentarnych utarczek w pałacu królewskim, na sejmie, u francuskiego i u austriackiego ambasadora.

Na przeciwnika Vitry'ego mianowano z końcem listopada hrabiego Karola Ferdynanda Waldsteina; według świadectwa rywala, był to kawaler "d'une tres belle et tres agreable representation, tres propre a soustenir avec eciet le caractere de Fambassade" Nie tylko sukces, lecz także wgląd w raporty cesarskiego pełnomocnika udowadnia, że był on właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, czego niestety nie można powiedzieć o jego francuskim koledze. Mistrzowska realizacja ligi, która wprawdzie odpowiadała poczuciu patriotycznemu narodu, jednakże miała przeciw sobie w sejmie ogromną większość, jest wyłącznie zasługą pary królewskiej. Waldstein wykonał polecenie, by nic nie zepsuć, niczemu nie zaszkodzić; co na tym drażliwym terenie polskiego sejmu znaczyło i tak bardzo wiele.

Jan III realizował swój świetnie opracowany plan z mistrzowską konsekwencją.- Począwszy od kazania ojca Popławskiego, wygłoszonego w pierwszym dniu obrad, od mianowania zięcia Jabłonowskiego, Rafała Leszczyńskiego, marszałkiem sejmu - w ten sposób odebrano Wielkopolanom jednego z ich przywódców - każdy krok był przemyślany i przebiegał pomyślnie. Ostatniego dnia stycznia u Vitry'ego zameldowało się czterech senatorów, aby mu przedłożyć kłopotliwe pytanie: czy Francja, która do tej pory protestowała tylko przeciwko defensywnemu przymierzu z cesarzem, zaaprobuje przymierze ofensywne? Wielce zmieszany ambasador dał wyjaśnienie wykrętne i zawiłe: Ludwik XIV nie ma nic przeciwko ofensywnemu przymierzu, jednakże musi je, ze względu na swój konflikt z cesarzem, odczuć jako przykre. Chciałby wprawdzie udzielić Polsce jak największego poparcia, gdyby zaatakowali ją Turcy, lecz nie może tego uczynić, ponieważ przeszkadza mu w tym możliwość wojny z Cesarstwem. Vitry poinformował wprawdzie swego władcę, że senatorów zadowolił bardzo ten galimatias, my jednakże mamy podstawę, by sądzić, że tylko Sobieski ucieszył się naprawdę z takiego przebiegu rozmowy. Posługując się tą informacją mógł Jan III zmiażdżyć tych wszystkich, którzy wobec ich zdaniem zawodnej pomocyaustriackiej wskazywali na poparcie Francji.

4 lutego król Polski mianował Jabłonowskiego hetmanem wielkim koronnym, Sieniawskiego hetmanem polnym, Stanisława Lubomirskiego marszałkiem wielkim koronnym, Kazimierza Sapiehę hetmanem wielkim litewskim i Ogińskiego litewskim hetmanem polnym. Tym samym najważniejsi magnaci, na których liczył Vitry, zostali poprzez urzędy i dostojeństwa przynajmniej na najbliższy czas przykuci do dworu. Niektórzy z nich, jak Lubomirski i Sapieha, uczuciowo czuli się jeszcze związani z Francją, a Sieniawski i wzdychający w uroczych miłosnych więzach Hieronim Lubomirski, brat Stanisława, przynależeli całkowicie do austriackiej frakcji. Jabłonowski wahał się; osioł mądrzejszy niż przysłowiowy osioł Buridana chciał jeść siano jednocześnie z dwóch żłobów, korzystać z francuskiej i z austriackiej pensji. (Morsztyn opisuje te zdarzenia w swoich przechwyconych listach do Callieres'a z 5, 6 i 8 lutego). Aby utrudnić niezdecydowanym każdy kontakt z Vitrym i utrzymać ich z daleka od intryg z brandenburskim ambasadorem, przenikliwym i ostrożnym Crockowem, Sobieski rozkazał napadać na kurierów tych obu dyplomatów. Polscy magnaci i posłowie ziemscy popadli przez to w panikę, albowiem kto się wciąż zadawał z przedstawicielami obcej władzy, był obecnie narażony na niebezpieczeństwo oskarżenia na otwartym posiedzeniu o zdradę stanu na podstawie rozszyfrowanych depesz. Przyjmowanie łapówek, sprzedaż głosów i opłacone veto były wprawdzie zwyczajem w tym kraju, lecz polityczne zasady przyzwoitości wymagały przy tego rodzaju sprawach rembrandrawskiego półmroku, nie zaś światła publicznej jawności.

Morsztyn był tym jedynym, który się jeszcze otwarcie narażał dla Vitry'ego. Postarał się wytrzasnąć dwóch zuchwałych drabów, którzy za tysiąc dukatów zerwaliby sejm i przy tym wzięli winę na siebie. Ten, który tym razem wykrzyknął owe fatalne słowa "nie pozwalam", przypłacił to gardłem. Sobieski zatroszczył się, żeby się wieść o tym rozpowszechniła. Nic dziwnego, że Przyjemscy i ich poplecznicy dwa razy musieli się zastanawiać, czy warto sprzedać ojczyznę wraz ze swym życiem. Mniej będziemy się dziwić podskarbiemu wielkiemu i jego zuchwałości wówczas, gdy się dowiemy, że zdecydował się wyjechać z Polski na stałe. Jeśli wystawiał się na gniew Sobieskiego, to czynił to z całkowitym przekonaniem, że później znajdzie we Francji swoją drugą ojczyznę i będzie tam mógł rozkoszować się od dawna nagromadzonymi bogactwami. Natomiast musi nas zaskoczyć nieostrożność przebiegłego Jabłonowskiego i zręcznego Kazimierza Sapiehy - Co za demon podszepnął tym obu, by się tak głupio zwierzyć Vitry'emu, jak to się właśnie zdarzyło na pewnej politycznej kolacji u Morsztyna? Markiz meldował o tym w swoich raportach z 5 i z 26 lutego, z których pierwszy, zatrzymany, pieczołowicie skopiowano i wysłano dalej, za to drugi nie dotarł nigdy do króla-słońce i do dzisiaj spoczywa w "Wiedeńskim Archiwum. Nowi hetmani wielcy - tak pisał Vitry - dali mu słowo honoru, ze może na nich niezawodnie liczyć. Jabłonowski otrzymał za to również obietnicę, że może się spodziewać francuskiego poparcia, "dans les veues qu'il a conceues depuis longtemps pour le trosne, en cas de changement" (w od odawna zrodzonych zamiarach względem tronu, na wypadek zmiany).

Tego rodzaju knowania zmusiły Jana III do podjęcia szybkich przeciwdziałań. Aby wykluczyć Vitry'ego i jego przyjaciół, jak również aby przyspieszyć negocjacje nad przymierzeni austriackim debatującej z Waldsteinem od 26 lutego komisji sejmowej, Sobieski przedsięwziął powtórzenie sceny z Jaworowa, której smutnym bohaterem był Du Vernay, tym razem w Warszawie, na większą skalę i z większym rozgłosem. Ledwie ostatnia depesza Vitry'ego, donosząca o tym szczególnym ślubowaniu wierności złożonym przez Jabłonowskiego i Sapiehę, została dostarczona przez przekupionego sekretarza ambasady dworowi polskiemu, król natychmiast polecił wezwać jednego z kuzynów Morsztyna i rozkazał mu zaprosić podskarbiego wielkiego przed niewielki krąg senatorów. U kanclerza Wielopolskiego Sobieski odczytał ani trochę nie wyprowadzonemu tym z równowagi Morsztynowi wszystko to, co zawierały przechwycone listy do Callieres'a i raporty Vitry'ego. Trzęsąc się z gniewu zażądał monarcha od zdradzieckiego ministra klucza do ostatniej depeszy, której jeszcze nie rozszyfrowano. Morsztyn odparł, że nie ma sobie nic do zarzucenia, nie może zaś zdradzić klucza przed tak wieloma senatorami.

Po kilku godzinach przemaglowany intrygant opowiedział, że ku jego największemu ubolewaniu żona bez jego wiedzy w zdenerwowaniu spaliła tenże klucz. "W rzeczywistości dokument ten od dawna już nie istniał. Sam Morsztyn, według jego własnych słów pisanych do Callieres'a 18 grudnia 1682 roku, już dawno powierzył go płomieniom. Dwa tygodnie trwały prace komisji złożonej z senatorów, którym Sobieski przedłożył przechwyconą korespondencję. Do dotychczasowych depesz doszedł raport Vitry'ego z 5 marca. W piśmie tym był przedstawiony właśnie początek "fascheuse affaire" (przykrej sprawy), a nowe napaści na Marię Kazimierę musiały tylko jeszcze bardziej spotęgować jej złość i gniew; następnie odkryto w nim surowy nakaz pod adresem Callieres'a, by wysyłał szyfry do korespondencji z Morsztynem tylko wówczas, gdy Morsztyn tego zażąda. Cyniczny ton Morsztyna i napuszona głupota Vitry'ego wznieciły gwałtowne oburzenie. Nic atoli nie mogło się równać ze wściekłością Jabłonowskiego i Sapiehy, którzy przez niezręczność ambasadora znaleźli się w tak podłej sytuacji. Szczególnie hetman koronny pienił się ze złości. Przede wszystkim rzeczywiście nie myślał on o detronizacji Jana III, jego rozmowy z Vitrym dotyczyły wciąż tylko przyszłego interregnum, jednak nawet te jego starania o tron, zdradzone jego królewskiemu przyjacielowi, musiały wywołać ogromne niezadowolenie władcy, którego wszystkie myśli i zamierzenia dotyczyły odziedziczenia tronu przez Jakuba Sobieskiego. Jabłonowski podczas poufnej rozmowy 15 marca przysięgał królowi, że nigdy nie uczynił nic przeciwko niemu ani jego domowi. Płacząc padł hetman na kolana i ślubował wierność przeciwko każdemu wrogowi. Następnego dnia posłał Vitry'emu wyzwanie na pojedynek, w którym obwiniał ambasadora o kłamstwo i zniesławienie. Co się tyczy Morsztyna, to zasługiwałby on jako zdrajca stanu nie na pojedynek, lecz na kompetentny sąd sejmowy.

Przedstawiciel króla-słońce czuł się okropnie. Drżał przed Ludwikiem XIV, robiło mu się niedobrze na myśl, jak spojrzy Janowi III w oczy. Musiał jednakże zameldować o wszystkim srogiemu władcy w Wersalu i prosić polskiego króla o audiencję. Sobieski prośbę odrzucił. Miast tego poproszono Vitry'ego i Morsztyna, by udali się do pewnego warszawskiego klasztoru, gdzie oczekiwała ich komisja złożona z trzech biskupów i licznych świeckich senatorów. Radziejowski, jeden z obecnych książąt Kościoła, rozpoczął: Podług zbadanych dowodów rzeczowych z obszernej korespondencji z Jabłonowskim, Vitry sprzysięgał się przeciwko panowaniu Jana III, poza tym wyrażał się bardzo nieprzychylnie o Sobieskim w pismach do Ludwika XIV. Wówczas to ambasador przerwał mówiącemu twierdząc, że francuski dyplomata nie musi przed nikim odpowiadać, jedynie przed własnym monarchą. Jeżeli polski dwór ma powody do skargi, to Jan III może się zwrócić z zażaleniem do Wersalu. Poza tym on, Vitry, chce jeszcze dodać z własnej i nieprzymuszonej woli, że nigdy nie konspirował z Jabłonowskim przeciwko tronowi, a w swoich, raportach ambasadora trzymał się zawsze prawdy.

W tym momencie z tego głupiego, ograniczonego człowieka, którego jedynie kaprys i przypadek wyniosły na przedstawiciela najpotężniejszego władcy Europy, zaczęło emanować coś z godności i świetności, przynależnych randze ambasadora, i z odblasku majestatu rozprzestrzeniającego swój urok od Wersalu aż po krańce kuli ziemskiej. Vitry zagrał dobrze tylko tę jedną scenę z całej swej roli. Potem stał się znowu ubolewania godnym statystą, naśladującym bohatera. "Wyznaję Waszej Królewskiej Mości, żem jest niepocieszony w tym strasznym nieszczęściu, w które mnie wtrącono, iż dwór ów dowiadywał się o tych szczególnych informacjach, jakie miałem zaszczyt pisać do 'Waszej Królewskiej Mości", kwili markiz do prawdopodobnie bardzo rozgniewanego Jupitera. A ponieważ polski król mógłby tymczasem z pewnością poprosić o odwołanie Vitry'ego, tak więc: "odważę się sobie pochlebić, a znając dobroć Waszej Królewskiej Mości wiem, że zapewni mi ona sprawiedliwość, albowiem wszystko to przedsięwziąłem tylko dla największego dobra w służbie Waszej Królewskiej Mości, a wszystko zło, które mi ten dwór przypisuje, bierze się tylko stąd, iż rozpoznałem jego prawdziwe uczucia".

Ambasadora bądź co bądź chroni jego urząd, jednakże Morsztyn i zdemaskowani z jego winy magnaci musieli podjąć stajania, by ocalić swe stanowiska, jeśli już nie głowy. Opowiedzieliśmy już, jak Jabłonowski dzięki nagłemu zwrotowi zyskał przebaczeniu króla. Inni, znani dotąd jako frankofile senatorzy i posłowie ziemscy, poszli za jego przykładem. Sobieski tak ich bardzo zastraszył - relacjonuje Vitry - że daleko więcej myśleli o tym, by się przed nim usprawiedliwić, niż o udaremnieniu ligi z cesarzem. Także brandenburski poseł Crockow melduje Wielkiemu Elektorowi, ze z powodu bezczynności Francji i afery Morsztyna szansę sojuszu austriackiego bardzo wzrosły, senatorzy odczuwają nieopisany strach przed Sobieskim; nikt się już nie waży zadawać z Vitrym.

Tak więc Morsztyn sam jeden musiał się teraz dobrze nagłowić, jak tu wyleźć z tarapatów. Temu chytremu lisowi poszło to lżej, niż się spodziewali jego wrogowie. Jeszcze 14 marca w klasztorze franciszkanów, gdzie razem z Vitrym był przesłuchiwany przez biskupów, podskarbi wielki przybrał zarozumiałą minę, zaprzeczał wszystkiemu, aby sprowokować swoich sędziów do ujawnienia obciążającego go materiału. Gdy więc jeden z nich wołał do obwinionego, że tak jak Morsztyn niegdyś w ciągu więcej niż połowy roku otwierał listy Jarzego Lubomirskiego, tak też i listy ówczesnego cenzora były od dawna kopiowane, wtedy pozornie załamał się ten przechera i zaskowyczał o łaskę. A Król-Lew dał się zmiękczyć. Osiemnastego Morsztyn zrezygnował ze swego stanowiska ministra. W przemowie, która znowu brzmi jak cytat z politycznego eposu o zwierzętach, błagał emfatycznie: "O panie, nie rozmawiaj ze mną." "Ab Iove tonante fulmina pęto", "desunt et rnihi verba" (Od gromowładnego Jowisza upraszam o karę; brakuje mi też słów), lub jak zauważył pewien dowcipny słuchacz, zdrajca rozpoczął jako Żyd wzywając Jehowę, a zakończył jako poganin, odwołując się do gromowładnego Jowisza. Jak było, tak było, jednak za cenę upokorzenia, rezygnacji z urzędu i przyrzeczenia, że na własny koszt wystawi oddziały na wojnę z Turkami, zyskał Morsztyn te, o co prawdopodobnie starał się od początku i od dawna: wolność, możność wycofania się do Francji. Na wyrok przyszłego sejmu, któremu przekazano do osądzenia jego sprawki, mógł czekać ten zdrowy i rześki siedemdziesięciolatek z pogodną równowagą w "doulce France" (W słodkiej Francji). Tym samym Andrzej Morsztyn znikł z areny polskiej historii.

Tego samego dnia, 20 marca, odbyła się debata końcowa nad przymierzem. Jedna z trzech przeszkód, które piętrzyły się przed ligą, została usunięta wraz z Morsztynem i wraz z załamaniem się nieszczęsnego Vitry'ego oraz całego francuskiego stronnictwa. Druga, sprzeciw Brandenburgii, rozleciała się sama. Crockow zaproponował kurfirstowi, w obliczu przewagi Sobieskiego, aby się zbliżyć do polskiego króla, z konieczności uczynić cnotę i już nie walczyć przeciwko lidze; nawet próbował zręcznymi manewrami pochlebiać planom Jana III dotyczącym dziedzicznego tronu, nie wdając się w konkretne ustalenia. "Jestem przekonany - pisał. Crockow w owych dniach do młodego Jakuba Sobieskiego - że Wasza Wysokość, wstępując w ślady Króla, Najprześwietniejszego Ojca, zajdzie na szczyt sławy i osiągnie wielkość, którą będzie zawdzięczał tylko własnym zasługom. Czego życzy Waszej Wysokości z całego serca Jego Elektorska Książęca Mość." Jeżeli tak wiele miłości okazywał Sobieskim sam ambasador Fryderyka Wilhelma, to również podopiecznym Brandenburczyka nie wypadało nienawidzić. Z krwawiącym sercem przyjął Grzymultowski te 3600 guldenów, za które cesarz odkupił od niego republikańskie skrupuły, inny Wielkopolanin, marszałek sejmu Leszczyński, zgarnął do swej kieszeni 1200 guldenów, Breza, trzeci przyjaciel Hohenzollernów, przyjął 1500 guldenów. Litewscy wrogowie króla, na których liczył poczciwy Vitry, kazali sobie wypłacić: Sapiehowie - 3600, Ogińscy - 3000 guldenów. Zmiana sympatii z profrancuskiej na procesarską kosztowała u Potockich 12000, u marszałka koronnego Lubomirskiego 7200, u Sieniawskiego 3000 guldenów. Jabłonowski miał za to trzykrotnie podwyższoną pensję, a Hieronim Lubomirski otrzymywał już od lutego żołd dla korpusu posiłkowego w liczbie 2400 żołnierzy, którym miał dowodzić jako cesarski marszałek-lejtnant polny.

Nawet jeśli w tej gwałtownej Haupt und Staatsakion wrogowie, Francja i Brandenburgia, ustąpili pobici z dyplomatycznego placu boju, nawet jeśli drugoplanowi aktorzy, Jeden po drugim, przechodzili pod zwycięskie sztandary dworu, to sojuszowi austriacko-polskiemu groziło jeszcze jedno niebezpieczeństwo, największe, które miał do pokonania, a które dopiero w decydującym stadium sprawy dało znać o sobie. Było to rozczarowanie Marii Kazimiery z powodu jej nie zaspokojonych ambicji familijnych, które wiązała z ligą i z cesarzem. Królowa spodziewała się po wiedeńskim dworze, że ukoronuje on przyjaźń z Polską małżeństwem arcyksiężniczki Marii Antoniny, jedynej córki Leopolda I, z Jakubem Sobieskim.

Pierwszym powodem powrotu Marysieńki z Francji na początku 1678 roku były aluzje Zierowskiego do małżeństwa księcia Jakuba z Habsburżanką, które uczynił w rozmowie. Od tamtej pory cesarski poseł posługiwał się tą świetną propozycją małżeńską jako jednym z silnych wabików. Nie należy szczędzić wyrzutów austriackiemu gabinetowi, że świadomie umacniał próżną Marysieńkę w jej macierzyńskich iluzjach, chociaż nikt nie myślał wysyłać arcyksiężniczki do Polski, skąd Eleonora przywiozła tak złe doświadczenia i z którym to krajem obecna księżna Lotaryngii wiązała wciąż jeszcze tak piękne nadzieje. Maria Antonina była przeznaczona elektorowi bawarskiemu, Maksymilianowi Emanuelowi. Mimo to cesarscy ministrowie i Zierowski według otrzymanych instrukcji, pilnowali się, by za wcześnie nie dać odmowy, która mogłaby zaszkodzić powstającemu przymierzu. A polską królową pochłaniały dumne plany małżeńskie dla jej Kubusia, nawet jeśli dokoła niej wszyscy, nie wyłączając ojca rodziny, Jana III, wątpili w gotowość Leopolda I na wyrażenie zgody na to tak upragnione małżeństwo.

Sobieski nie brał w rachubę synowej-arcyksiężniczki i dlatego też nie przejął się bardzo, kiedy go z całą ostrożnością poinformowano, że Maria Antonina jest już przyrzeczona komu innemu. Również chybiły celu francuskie zarzuty. Jeśli Vitry sądził, że uda mu się wystraszyć króla, kiedy ujawni niemożność zawarcia którego małżeństwa, to jego ostrzeżenie chybiło celu. Inaczej jednak myślała Maria Kazimiera i jej najbliższe otoczenie. Biskup Witwicki z Poznania, którego królowa darzyła specjalnym zaufaniem, wypytywał na jej polecenie wiedeńskiego nuncjusza Butonysiego przed zakończeniem pertraktacji dotyczących ligi, w lipcu 1682 roku, jak się mą rzecz z księżniczką. Zamiary Marii Kazimiery natychmiast stały się znane w kręgach wiedeńskiego dworu; wenecki poseł Contarini przedstawił je pod koniec listopada senatowi. Leopold I jednak, nie chcąc łudzić fałszywymi nadziejami swego obecnego sprzymierzeńca, nawet jeśli ta szczerość miałaby zagrozić na razie zawartemu tylko w tajemnicy gabinetów przymierzu, polecił biskupowi Sinelliemu, papieskiemu dyplomacie, aby dał odpowiedź, że projekt małżeński przedłożony przez polskiego biskupa jest niemożliwy, że cesarz go nie aprobuje, i zaszkodzi to tylko autorytetowi Sobieskiego, jeżeli ten plan nie do zrealizowania nadal się będzie rozważać.

Jakże mało znali ci barokowi politycy, którzy do wszystkiego przykładali miarkę swej własnej, żądnej zysku natury, Leopolda I i Jana III! Morsztyn, do którego również doszły wieści o planowanym małżeństwie, pisał do Callieres'a, że ręka arcyksiężniczki jest nagrodą dla Sobieskiego za jego sojusz z Austrią. Tak więc na początku marca Waldstein na ponowne pytanie podkanclerzego Gnińskiego jeszcze raz przekazał mu odpowiedź, że arcyksiężniczka jest zaręczona z innym księciem. Maria Kazimiera, Gniński i kanclerz królowej Załuski zupełnie jakby spadli z nieba; oni wszyscy nawet po pierwszej formalnej, przekazanej przez warszawskiego nuncjusza Pallaviciniego odmowie nie zrezygnowali z tego planu. Jednakże król "e assai prudente e prevedeva le difficolta meglio che la Regina et i Ministri ne si era lusingato con la speranza, non si e mutato niente nel suo operare" (jest dostatecznie ostrożny i znacznie lepiej umiał przewidzieć trudności niż królowa i ministrowie, podobnie nie łudził się nadzieją, nie zmienił na jotę swego postępowania). Kryzys, którego się obawiano, przeszedł obok, mimo że Sobieskiemu nie udało się powiązać swoich dynastycznych pragnień z koniecznymi potrzebami królestwa i narodu.

W ustalonej przez sejm komisji, składającej się z 10 senatorów i 28 delegatów, która negocjowała z hrabią Waldsteinem na temat ligi, działało wprawdzie tylko kilku jawnych przeciwników, jednak praca nie posuwała się ani o krok naprzód. Pięć posiedzeń do 17 marca przeszło na zbędnym gadaniu o drugorzędnych kwestiach i na drażliwych rozważaniach, dotyczących dwóch punktów, które mogłyby się wydawać nieważne, a które jednakże dotykały istotnych problemów. Nieufni Polacy żądali od cesarza zaprzysiężenia układu; Waldstein odparł, że to bluźnierstwo, jeśli się wątpi w słowo i podpis jego monarchy. Następnie pojawiło się na porządku dziennym obrad przypomnienie poprzedniego przymierza obu tych państw. Jan Kazimierz w 1657 roku zobowiązał się przecież powierzyć następstwo tronu Habsburgom, a wielu polskich magnatów to pochwaliło, by "przyszłego króla" wybrać "ex domu austriaca aut talem quem haec domus commendaverit" (z domu austryjackiego lub takiego, którego dom ten poleci). Nawet jeśli dwór wiedeński nie uznał za słuszne, żeby podczas bezkrólewia w latach 1668/1669 i 1673/1674 posłużyć się tym dokumentem, to Sobieski jednakże przykładał największą wagę do tego, by owo niepożądane uzgodnienie zostało całkowicie unieważnione, na dowód czego miał być zwrócony oryginał przyrzeczenia polskich delegatów. Bez formalnego zrzeczenia się Habsburgów ich roszczeń do dziedziczenia tronu nie mógł Jan III myśleć, będąc w przymierzu z cesarzem, o uczynieniu własnej dynastii władcami dziedzicznymi Polski.

Większość trudności została usunięta dzięki austriackim ustępstwom. Cesarz za pośrednictwem swego ambasadora zrezygnował z roszczeń finansowych i praw zastawu z czasu szwedzkiego potopu; przyrzekł znaczne subsydia na zbliżającą się wojnę z Turkami, a Pallavicini wymyślił nawet rozwiązanie, które nie naruszało godności cesarza, a jednocześnie nie budziło nieufności Sarmatów. Leopold I miał złożyć przysięgę za pośrednictwem pełnomocnika na ręce papieża, który miał odebrać również podobne przyrzeczenie od pełnomocnika polskiego. Odmówiono tylko wydania dokumentu; podobno zaginął. Czyżby wiedeńscy prawnicy koronni chcieli sobie zostawić otwartą drogę na przyszłość? W każdym razie pewne jest to, że polskie oświadczenie o prawach Habsburgów do polskiego tronu leży do dziś w Archiwum Wiedeńskim naprawdę, i dużo daje do myślenia fakt, że leży ono w takim miejscu, gdzie nikt nie mógłby się tego dokumentu spodziewać. Sobieski jednak zadowolił się passusem o nieważności przyrzeczenia z 1657 roku, i tak oto nic już nie stało na, przeszkodzie zawarciu układu.

Afera Morsztyna skręciła kark opozycji: ostatnie odruchy sprzeciwu ustały, kiedy król polecił ogłosić zwołanie pospolitego ruszenia. Przy jednogłośnym entuzjazmie szlachty dla ligi i dla Jana III zwołanie pospolitego ruszenia było równoznaczne ze spustoszeniem dóbr wszystkich wrogów przymierza i przynajmniej kilkoma aktami linczu. Dlatego Przyjemski, którego Vitry i Morsztyn ponownie obrali na kata sejmu, zadowolił się ostrzeżeniem w przemówieniu sejmowym i zachował swoje veto dla siebie. Liga została zaaprobowana "nemine contradicente" (bez żadnego sprzeicwu) 31 marca na otwartym posiedzeniu. Parę wątpliwości, które wypłynęły w ostatnim momencie, Waldstein usunął swoją ustępliwością. Tak więc pakt można było podpisać 1 kwietnia; jednak z powodu przesądu datowano przymierze dzień wcześniej.

Zostało ono zawarte przez Leopolda I, jako cesarza, króla Węgier i Czech oraz jako pana swoich krajów dziedzicznych, i przez Jana III w imieniu -jego i Królestwa Polskiego oraz Wielkiego Księstwa Litewskiego. Przymierze ma charakter ofensywny na czas wojny z Turkami, defensywny na zawsze. Habsburg rezygnuje z wszystkich roszczeń z lat wojny ze Szwedami, z zarządzania kopalniami w Wieliczce, które Austria dostała w zastaw, i zwraca Polsce pełną swobodę elekcji, uznając za nieważne prawo dworu cesarskiego do następstwa tronu. Przymierze ważne jest tylko przeciw niewiernym; cesarz wystawi do tej walki 60000 żołnierzy, podczas gdy Polska ma powołać pod broń 40000 armię. Jeśli Wiedeń lub Kraków zostaną oblężone, wówczas partner, którego stolica nie będzie zagrożona, śpieszy ze wszystkimi swoimi siłami drugiemu z pomocą. Operacje militarne odbywają się po obustronnym ustaleniu, jednakże cesarz planuje przede wszystkim dywersję na Węgrzech, król Polski zaś wypady na Podole i Ukrainę. Zdobyte obszary przypadają temu, do kogo należały przed turecką okupacją. Żaden separatystyczny pokój nie jest dopuszczalny; innym państwom również wolno przystąpić do ligi, zwłaszcza carowie moskiewscy są mile widziani. Naczelne dowództwo nad połączonymi armiami sprawuje władca, który się znajduje w obozie na polu bitwy. Leopold I wypłaci Polsce wojenne subsydium w wysokości 1200000 guldenów i odstępuje jej dziesięciny kościelne z włoskich prowincji Habsburgów. Wreszcie obaj sprzymierzeńcy złożą za pośrednictwem swoich głównych protektorów przysięgę przed papieżem, jako gwarantem i obrońcą Ligi Świętej.

Po podpisania tego pamiętnego układu pozostała jeszcze tylko ochrona sejmu przed przykrymi niespodziankami. Strach przed powołaniem szlachty pod broń wystarczył, aby dobrze opancerzyć posłów ziemskich przed pokusami ze strony Vitry'ego. 17 kwietnia, w Wielką Sobotę po południu, sesja sejmowa zakończyła się w atmosferze zbożnego entuzjazmu. Król i stany udali się na procesję wielkanocną i mogło się im wydawać, że z grobu zmartwychwstaje również duch ich przodków.

W "zapisie ad archiwum" sejm przed rozejściem się ustalił polskie zbrojenia. Od 1 maja do dotychczasowych sił zbrojnych istniejącego już w liczbie 12000 żołnierzy wojska miała dołączyć trzydziestosześciotysięczna armia nowo zaciężnych. Tym oddziałom, liczącym w sumie 48000 ludzi, został przyznany żołd na siedem kwartałów. Przede wszystkim zostało też ogłoszone pospolite ruszenie, lecz miało to na celu tylko wsparcie pozycji Sobieskiego wewnątrz kraju. Vitry, który w sprawie przymierza okazał się tak znakomitym prorokiem, przepowiadał, że ta "wspaniała armia" z pewnością przed październikiem nie będzie gotowa do bitwy i z tego powodu cesarz nie będzie miał z niej żadnego pożytku.

Ambasadorowi nie było już dane przekonać się na własne oczy o niesłychanym wprost zapale, z jakim cały naród odniósł się do wezwania swego króla. Po zdemaskowaniu tych raczej mało przyjaznych wypowiedzi, które Vitry umieszczał w swoich raportach o Sobieskim i Polakach, po poinformowaniu nie zarażonych sejmową korupcją zwykłych posłów ziemskich o przekupstwach francuskiego dyplomaty, o powiązaniu Ludwika XIV z Turkami i o knowaniach zagranicznych agentów, powszechną aprobatę uzyskała propozycja, aby w przyszłości nie tolerować absolutnie żadnych stałych posłów, z wyjątkiem nuncjusza i przedstawicieli sprzymierzonych władców. Delegaci szlachty wygrażali Vitry'emu w najburzliwszy i najszczególniejszy sposób: że należałoby mu wymierzyć trzysta kijów chłosty, jak to jest w zwyczaju tureckich sprzymierzeńców Francji, i dopiero potem go wypędzić. Inny mówca żądał, pośród hucznej wesołości, wykastrowania Vitry'ego, aby nie mógł płodzić podobnych sobie potworów.

Jan III i zebrane stany poprzestali jednak na tym, by w energicznych pismach z 20 marca prosić Ludwika XIV o natychmiastowe odwołanie ambasadora. Król-słońce odmówił przyjęcia polskiego posła, który miał doręczyć te listy; czyż Sobieski od czasu afery Morsztyna nie odrzucał każdej prośby francuskiego ambasadora o spotkanie? Ze względu na tę obrazę, wyrządzoną osobistemu przedstawicielowi dumnego Burbona, w Wersalu nie zwrócono wcale uwagi na treść skarg na Vitry'ego. 29 kwietnia markiz został odwołany z Warszawy. Pismo, w którym Ludwik XIV powiadamiał o tej decyzji "bardzo drogiego i bardzo ukochanego brata, kuzyna i sojusznika", brzmiało krótko i sucho: "Le peu d'esgard qu'on a eu en vostre cour au caractere de Nostre ambassadeur ordinaire auprez de vous, dont Nous avons honore le Marquis de Vitry, Nous faisant assez voir qu'il n'est de Nostre dignite de l'y laisser plus longtemps, Nous luy ordonnons de prendre inscessamment son audience de conge et de se mettre en chemin pour revenir auprez de Nostre personne." (Brak uszanowania z jakim spotkała się na waszym dworze godność Naszego posła zwyczajnego, którą zaszczyciliśmy Markiza de Vitry, pozwala Nam uważać, iż nie godzi Nam się pozostawiać go tam dłużej, toteż nakazujemy mu, aby niezwłocznie pożegnał się i wyruszył w drogę powrotną, by stanąć przed naszą osobą) Nadzieja, którą kończył się nieoczekiwany epilog owej politycznej przyjaźni, że ten "bardzo wielki, bardzo znakomity i bardzo potężny książę" nie będzie robił żadnych trudności i udzieli Vitry'emu audiencji pożegnalnej, wydawała się z początku nie potwierdzać. Trwało to dłużej niż tydzień, zanim Jan III wyraził swoją gotowść.

28 maja w Wilanowie rozegrała się scena końcowa tej tragikomedii. Vitry został przyjęły o szóstej wieczorem ze wszystkimi jego randze należnymi zaszczytami przez króla, którego otaczała wspaniała świta i wielka liczba senatorów. Najpierw ambasador w przemowie, wygłoszonej po francusku, zapewniał, że nie winien przestępstwa, o które się go podejrzewa. Wprawdzie nie ma on obowiązku tłumaczyć się przed nikim innym jak tylko przed własnym monarchą, atoli nie chce, żeby polski władca wietrzył w jego domniemane plany detronizacyjne. Wreszcie polecił Sobieskiemu tych przyjaciół Francji, których prześladowanie wywołało wielkie niezadowolenie Ludwika XIV. Na polecenie Jana III odpowiedział po łacinie Wielopolski: że zachowanie Vitry'ego zmusiło króla Polski, ku jego głębokiemu ubolewano by poczynić odpowiednie kroki; spodziewa się jednakże w tym razie, że znajdzie zrozumienie u francuskiego dworu, któremu polski poseł przekaże stosowne wyjaśnienia, Sobieski pragnął również w przyszłości być w dobrych niezmąconych stosunkach z Ludwikiem XIV. Głęboki ukłon Vitry'ego - i dyplomatyczne stosunki między Francją i Polską zostały na długo przerwane. Wznowiono je urzędowo dopiero po dziesięciu latach.

Odjazdowi Vitry'ego towarzyszyły wszystkie zjawiska towarzyszące prawdziwej katastrofie. Ambasador nie poprosił o audiencję pożegnalną u Marii Kazimiery; królowa wzięła sobie bardzo, do serca ten dowód braku poważania. Kilku porządnie pijanych "litewskich szlachciców, poruszonych skargami królowej, urządziło, pod przywództwem dwóch magnatów, Tyszkiewicza i Kryspina, napad na dom Vitry'ego. Doszło do strzelaniny, podczas której jeden z napastników został raniony. Zaraz, potem ambasador, podwójnie oburzony sposobem, w jaki mu przedłożono przeprosiny, opuścił Warszawę i udał się przez Gdańsk do domu. Przed odjazdem rozmawiał jeszcze z Jabłonowskim. Hetman koronny wyraził się, zupełnie słusznie, że należy przeczekać burzę, dopiero później będzie można znowu działać na rzecz Francji.

powrót

Obrońca Krzyża - Wiedeń

ZS w Żelistrzewie 2001